Stałem dziś z prawego boku ołtarza,
koncelebrowałem wieczorną Eucharystię.
Na „Baranku Boży” proboszcz podał mi Jezusa.
Położyłem na swej lewej dłoni, delikatnie przytuliłem Ciało Pańskie opuszkami palców.
Mówiłem: „Panie, nie jestem godzien, …, ale powiedz tylko słowo…”!
Nagle moją świadomość przeszyła niczym błyskawica taka myśl - pytanie:
Jaki jestem dla Ciebie dzisiaj?
Jestem jak Judasz, pocałunkiem zdradzający…?
Czy jak Piotr, który pomimo tylu ostatnich doświadczeń jeszcze nie wyciągnął odpowiednich wniosków?
Jednego jestem pewien: że daleko mi do Jana… Oj, daleko bardzo!
Nie zdążyłem odpowiedzieć.
Podniosłem dłoń i otwarłem swoje usta.
Przyjąłem Ciało Pana… Spożyłem.
Wcześniej tylko jeszcze jedno spojrzenie…
Patrzał na mnie, On, mój Chrystus dla mnie połamany…
Patrzał z miłością,
mówiąc do mnie: „Przyjacielu”...
8 cze 2009
3 cze 2009
Tak w środku tygodnia... o dobroci myśli kilka
Prowadziłem wczoraj pogrzeb pana Staszka. Przeżył tylko 56 lat. Rak nie pozwolił na więcej. Znałem od lat i jego i rodzinę. Ucieszyłem się więc, kiedy ksiądz proboszcz zaproponował mi poprowadzenie żałobnej liturgii. Dodam, że dla mnie każda liturgia jest osobnym wydarzeniem. Nie potrafię podejść do tego jakoś tak powiedzmy „mechanicznie”. I to nie tylko kiedy przewodniczę liturgii w mojej rodzinnej parafii. W liturgii pogrzebowej jest coś szczególnego. Jest jakiś osobisty element współczucia. Patrzę na trumnę i mam wrażenie, jakby to była zamknięta księga życia tego konkretnego człowieka. Księga, której należy się szacunek. W takich momentach staram się stawać wraz z bliskimi, złamanymi bólem obok trumny i po prostu być z nimi, na ile potrafię. Rozumiem, dlaczego „Requiem” należą do tak uroczystych i chętnie słuchanych dzieł muzycznych.
Wracając do pogrzebu pana Staszka. Natchnęło mnie, by przeczytać przydługi nieco fragment z ewangelii wg św. Mateusza (25, 31-46) o sądzie ostatecznym. Dlaczego? Bo tam jest prosta instrukcja o tym, co robić, żeby dostać się do nieba. I co robić, żeby zostać potępionym. Więc chodzi o to, żeby być dobrym człowiekiem. Żeby być człowiekiem dla człowieka i w każdym, nawet tym najmniejszym, z marginesu, widzieć człowieka. Wtedy można być spokojnym o przyszłość. O tym mówiłem nad trumną pana Staszka. Bo on był i chciał w życiu być dobry. I płacił za to słono. Dlaczego? Powiedziałem ludziom coś, co dobrze chyba wiedzą, że „ktoś, kto ma dobre serce, musi mieć twarde siedzenie…”. Niektórzy się uśmiechnęli. Ale czy nie tak właśnie jest? I mówiłem o tym, że wciąż się jest w życiu konfrontowanym ze śmierdzącym egoizmem innych. Zamkniętych w sobie i zapatrzonych w siebie. Pan Staszek był przyjacielem wielu ludzi. Stąd wielu przyszło go pożegnać, wielu płakało. Będzie go brakować. On sam często bardzo cierpiał. Nie dlatego, że choroba go zabijała. Cierpiał, bo brakowało mu energii, by móc tę dobroć rozdawać innym. I znaleźli się tacy, co to cierpienie od razu oceniali. Brutalny świat niesprawiedliwych ludzkich ocen… Stąd ewangeliczny opis sądu stał się dla mnie bardziej czytelny właśnie przy trumnie pana Staszka…
Być człowiekiem dla człowieka… Być przyjacielem. Nawet, jeżeli to miałoby kosztować nie wiadomo ile. Trudne to. Nie chcę póki co podejmować tego tematu za bardzo. Obawiam się, że i mnie wiele brakuje pod tym względem. Że egoizm, nawet jeśli jest śmierdzący i nie lubię go, czasem i ze mnie wychodzi i dotyka innych. Jest nad czym myśleć i co kontrolować. A jednak często myślę o tym, że chcę być dobrym, po prostu, zwyczajnie dobrym! Czasem bywam naiwny, fakt. Jednak mniejsza o to. Chcę być dobrym! Do tej kwestii muszę tu jeszcze powrócić.
Wyjść poza siebie, to spotkać się z drugim. Jest ktoś, pośród moich dobrych kolegów, kto zaskakuje mnie bardzo. Ten ktoś pisze mi czasem kilka słów, które przesyła mi e-meilem, a ja sprawdzając pocztę widzę, jak pośród kilkunastu spamów pojawia się taka perełka, jaką jest list od mojego kolegi. Piszę o tym z dwóch względów. Po pierwsze dlatego, że listy te sprawiają mi ogromna radość. Są trafnym komentarzem do tego, o czym piszę tu, na blogu, a co jest oknem mojej duszy. Są ważne także w tym momencie życia, w którym się znalazłem. Przypomina mi się wiersz ks. Wacława Buryły, który zresztą bardzo lubię. On mówi o spotkaniu, o byciu człowiekiem, dla człowieka i o tym, jak rodzi się głęboka przyjaźń:
niekiedy wystarczy
kilka słów
powiedzianych przez telefon
włożonych w kopertę
wysłanych na adres
kogoś kto samotność
zna bardzo dokładnie
na każdej drodze
potyka się o nią
czasami wystarczy
kilka chwil skradzionych
ciepło czyjejś dłoni
pochwycone w biegu
czyjś uśmiech znany
wyłowiony w tłumie
który wracał będzie
nocą bezsenną
kiedy gwiazdy płaczą
do szczęścia trzeba
tak bardzo niewiele
wystarczy że będziesz
na odległość ręki
na głębokość wzroku
na słyszalność serca
wystarczy że słowa
wyrosną jak mosty
To po pierwsze.
A po drugie, w liście, który odebrałem dzisiejszego wieczora, mój dobry kolega zwraca mi uwagę na pozytywny fakt, że w ostatnim blogowym poście napisałem wreszcie coś pozytywnego, że się poprawia, że czas wziąć się do roboty i że… no właśnie, BOGU DZIĘKI! Zdecydowanie za mało tych podziękowań… Bogu i ludziom! I w takich miejscach, gdzie brak wdzięczności, śmierdzi egoizmem. Zatem szczere dzieki, i Tobie M!
Tak sobie myślę na koniec, w kontekście dobroci i tego, co wyżej napisałem, że spotkanie z drugim, takie właśnie zwyczajne, proste, często nawet niezaplanowane – rodzi przyjaźń. Człowiek zaczyna wyczuwać drugiego. Nie myśląc w danej chwili o sobie i swoich sprawach. Żeby urodziła się przyjaźń, trzeba mieć czas. Chcieć się spotykać, wsłuchać się w drugiego, poszukiwać wspólnie odpowiedzi na pytania, które nurtują. Mieć czas. Chcieć być.
Życzę sobie takich przyjaźni. Prostych, normalnych, a dzięki temu głębokich i prawdziwych. Wlasnie takich, w gąszczu tak zwanych "przyjaźni", gdzie liczy się tylko załatwienie jakiejs sprawy - dla mnie oczywiscie...
Wracając do pogrzebu pana Staszka. Natchnęło mnie, by przeczytać przydługi nieco fragment z ewangelii wg św. Mateusza (25, 31-46) o sądzie ostatecznym. Dlaczego? Bo tam jest prosta instrukcja o tym, co robić, żeby dostać się do nieba. I co robić, żeby zostać potępionym. Więc chodzi o to, żeby być dobrym człowiekiem. Żeby być człowiekiem dla człowieka i w każdym, nawet tym najmniejszym, z marginesu, widzieć człowieka. Wtedy można być spokojnym o przyszłość. O tym mówiłem nad trumną pana Staszka. Bo on był i chciał w życiu być dobry. I płacił za to słono. Dlaczego? Powiedziałem ludziom coś, co dobrze chyba wiedzą, że „ktoś, kto ma dobre serce, musi mieć twarde siedzenie…”. Niektórzy się uśmiechnęli. Ale czy nie tak właśnie jest? I mówiłem o tym, że wciąż się jest w życiu konfrontowanym ze śmierdzącym egoizmem innych. Zamkniętych w sobie i zapatrzonych w siebie. Pan Staszek był przyjacielem wielu ludzi. Stąd wielu przyszło go pożegnać, wielu płakało. Będzie go brakować. On sam często bardzo cierpiał. Nie dlatego, że choroba go zabijała. Cierpiał, bo brakowało mu energii, by móc tę dobroć rozdawać innym. I znaleźli się tacy, co to cierpienie od razu oceniali. Brutalny świat niesprawiedliwych ludzkich ocen… Stąd ewangeliczny opis sądu stał się dla mnie bardziej czytelny właśnie przy trumnie pana Staszka…
Być człowiekiem dla człowieka… Być przyjacielem. Nawet, jeżeli to miałoby kosztować nie wiadomo ile. Trudne to. Nie chcę póki co podejmować tego tematu za bardzo. Obawiam się, że i mnie wiele brakuje pod tym względem. Że egoizm, nawet jeśli jest śmierdzący i nie lubię go, czasem i ze mnie wychodzi i dotyka innych. Jest nad czym myśleć i co kontrolować. A jednak często myślę o tym, że chcę być dobrym, po prostu, zwyczajnie dobrym! Czasem bywam naiwny, fakt. Jednak mniejsza o to. Chcę być dobrym! Do tej kwestii muszę tu jeszcze powrócić.
Wyjść poza siebie, to spotkać się z drugim. Jest ktoś, pośród moich dobrych kolegów, kto zaskakuje mnie bardzo. Ten ktoś pisze mi czasem kilka słów, które przesyła mi e-meilem, a ja sprawdzając pocztę widzę, jak pośród kilkunastu spamów pojawia się taka perełka, jaką jest list od mojego kolegi. Piszę o tym z dwóch względów. Po pierwsze dlatego, że listy te sprawiają mi ogromna radość. Są trafnym komentarzem do tego, o czym piszę tu, na blogu, a co jest oknem mojej duszy. Są ważne także w tym momencie życia, w którym się znalazłem. Przypomina mi się wiersz ks. Wacława Buryły, który zresztą bardzo lubię. On mówi o spotkaniu, o byciu człowiekiem, dla człowieka i o tym, jak rodzi się głęboka przyjaźń:
niekiedy wystarczy
kilka słów
powiedzianych przez telefon
włożonych w kopertę
wysłanych na adres
kogoś kto samotność
zna bardzo dokładnie
na każdej drodze
potyka się o nią
czasami wystarczy
kilka chwil skradzionych
ciepło czyjejś dłoni
pochwycone w biegu
czyjś uśmiech znany
wyłowiony w tłumie
który wracał będzie
nocą bezsenną
kiedy gwiazdy płaczą
do szczęścia trzeba
tak bardzo niewiele
wystarczy że będziesz
na odległość ręki
na głębokość wzroku
na słyszalność serca
wystarczy że słowa
wyrosną jak mosty
To po pierwsze.
A po drugie, w liście, który odebrałem dzisiejszego wieczora, mój dobry kolega zwraca mi uwagę na pozytywny fakt, że w ostatnim blogowym poście napisałem wreszcie coś pozytywnego, że się poprawia, że czas wziąć się do roboty i że… no właśnie, BOGU DZIĘKI! Zdecydowanie za mało tych podziękowań… Bogu i ludziom! I w takich miejscach, gdzie brak wdzięczności, śmierdzi egoizmem. Zatem szczere dzieki, i Tobie M!
Tak sobie myślę na koniec, w kontekście dobroci i tego, co wyżej napisałem, że spotkanie z drugim, takie właśnie zwyczajne, proste, często nawet niezaplanowane – rodzi przyjaźń. Człowiek zaczyna wyczuwać drugiego. Nie myśląc w danej chwili o sobie i swoich sprawach. Żeby urodziła się przyjaźń, trzeba mieć czas. Chcieć się spotykać, wsłuchać się w drugiego, poszukiwać wspólnie odpowiedzi na pytania, które nurtują. Mieć czas. Chcieć być.
Życzę sobie takich przyjaźni. Prostych, normalnych, a dzięki temu głębokich i prawdziwych. Wlasnie takich, w gąszczu tak zwanych "przyjaźni", gdzie liczy się tylko załatwienie jakiejs sprawy - dla mnie oczywiscie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)