3 mar 2012

39




Chociaż tutaj, gdzie teraz jestem, minęła dopiero 8 wieczorem, to jednak w Polsce jest już po 3 nad ranem, 3 marca... Własnie w tej chwili mój życiowy zegar wybił 39 uderzeń... Rozpoczęła się ostatnia prosa do 40-tki :-) W tym bardzo osobistym dniu roku, zawsze dziękuję... Panu Bogu i moim Kochanym Rodzicom za to, że jestem! Za moje życie! Dziękuje mojemu rodzeństwu, bliskim i przyjaciołom, tym, którzy są i tym, którzy już odeszli. Ale też przepraszam, bo przecież jest za co! I patrzę w przyszłość... z nadzieją i z wielkim zaufaniem, które daje mi pokój i ciszę, że jedynie, co chcę, to pełnić Jego, a nie swoją wolę...!

Wiesz co, drogi tu Zaglądający mój... Chciałbym Ci powiedzieć, że życie JEST cudowne, mimo tego, że bywa trudne! I powiem Ci jeszcze, że cudnie jest być 39. latkiem!!!

:-)

28 lut 2012

Mój Crossroads

Zdecydowałem się. Zapiski i refleksje duchowe, poszukiwania intelektualne autora, cytaty z lektur… Taka treść na My Crossroads...
Zobaczę, co z tego wyjdzie i jak zafunkcjonuje…
Al Romolo póki co zostaje. Do zapisków i obserwacji życiowych, moich „po-dzieleń się”…
A może czas na jakąś skromną stronę, gdzie znajdzie się wszystko razem?
Będę wdzięczny za dobre rady/uwagi.

23 lut 2012

Apologia pro silentio meo...


Simon, mój blogowy Inspirator i Przyjaciel, zwrócił mi właśnie uwagę na fakt, że ostatni wpis na moim blogu miał miejsce dokładnie rok temu, w lutym 2011… Przypomniał mi o tym, przy okazji mojego komentarza do notki w brudnopisie duchowym, w którym cieszę się, z jego powrotu do dzielenia się duchowymi przemyśleniami. Tak oto mój Inspirator poruszył moje uśpione od ponad roku pokłady twórczości do tego, by podzielić się życiem. Zastanawiam się, czy właściwszym nie będzie otwarcie nowego (może nawet drugiego) bloga, żeby tam umieszczać ślady wewnętrznych poszukiwań i odkryć. Bardziej duchowe, filozoficzne i teologiczne, w nieco innym układzie i kolejności rzeczy. Przyznam, że obok przemyśleń Simona, bardzo pobudza moją refleksję notes-ks-pietrzyka, nota bene, kolegi z klasy licealnej mojego Taty oraz mój dawny spowiednik, o. Leon z Tyńca, którego blogowa twórczość została ostatnio wyróżniona w konkursie na blog roku 2011. Ale daleko mi do takich mistrzów… Pomyślałem jednak, że dopiero co rozpoczęty Wielki Post jest doskonałym czasem, by wyrywać się z uśpienia i lenistwa oraz by wziąć się do sumiennego działania. Bo czyż to nie właśnie sumienność jest tu kluczem do działania?

W pewnym sensie rolę bloga przejął (w jakimś stopniu) „święty” Facebook. Jednak zauważyłem, że prócz podglądania aktywności znajomych, ogranicza się on do umieszczania linków do jakiegoś utworu z youtube.com, filmiku tudzież wklejenia skopiowanej myśli czyjegoś tam autorstwa. Brak jednak twórczości własnej! Zastanawiałem się nad Tweeterem, polecanym nawet przez samego papieża, ale na zastanowieniach się skończyło (póki co).

Ktoś powie: „nudzi mu się”, „nie ma co robić”… Nie, asekuracyjnie odpowiem, że pisanie bloga, dziennika, notesu, brudnopisu jest w gruncie rzeczy nie tylko twórcze, ale też pozwala na zmierzenie się z samym sobą. Przed laty, w czasie obrony mojego magisterium (pisałem na temat doświadczenia duchowego w „Dzienniku duchowym”), przewodniczący komisji egzaminacyjnej, ks. prof. I. Dec, dzisiaj biskup świdnicki zapytał mnie, czy warto pisać dzienniki. Odpowiedziałem twierdząco z uzasadnieniem, że stanowią one swoistą przestrzeń, w której wyraża człowiek, tylko częściowo, swoje duchowe doświadczenie. Artysta malarz robi to samo malując, kompozytor – komponując, poeta – pisząc wiersz, itp. Nie sposób zapisać dokładnie całego doświadczenia duchowego. Pozostaje jedynie jakiś zarys, jakieś ślady. Zgadzam się, że są takie myśli, czy sprawy, które trzeba zostawić tylko dla siebie, zapisać piórem czy ołówkiem w podniszczonym kajeciku. Są wreszcie sprawy, które trzeba zostawić w sobie, w sercu, zapieczętowując jako sekret i podzielić je jedynie z Bogiem. Nie jestem zwolennikiem ekshibicjonizmu. Może dlatego moje dotychczasowe notki wpisywałem do działu „Moje po-dzielenia”. To, co się w nich znalazło, było treścią, którą chciałem zostawić Czytelnikowi – gościowi mojego bloga. Czasem potrzebowałem się wykrzyczeć, żeby być usłyszanym, zrozumianym, pocieszonym. Dziś…?

Każdy mijający rok życia jest jak stopień ku większej dojrzałości. O ile jednak ma się tego świadomość i robi się cokolwiek, by tak to potraktować. Może nie zawsze mam tego pełną świadomość. Wciąż, niestety, zbyt często pozwalam na to, by czas niósł mnie niczym rwący potok do przodu. Coraz częściej jednak zwracam uwagę na to, że trzeba żyć świadomie, że życie jest podarowane, by tworzyć, by pozostawić po sobie coś dobrego. Tylko to się liczy. Konkretna miłość. Bycie dobrym.

Al Romolo… Ta nazwa kryje w sobie wspomnienia zamkniętego już, póki co, etapu historii mojego życia. Etapu pięknego, rozwojowego, choć także trudnego. Mam wrażenie, że nie rozliczyłem jeszcze tego czasu… Chociaż to już prawie dwa lata odkąd ostatni raz usiadłem w „Trattoria Da Romolo”, niedaleko Zamku Anioła w Rzymie, by jedząc znakomitą pizzę „con funghi e salsiccia” (koniecznie białą) i sącząc białe, domowe wino, rozmyślałem nad życiem… Tak, tamten etap wciąż czeka na rozliczenie go przed Bogiem, ludźmi i samym sobą… Zaraz po jego zakończeniu rozpoczęły się kolejne, krótkotrwałe, intensywne, mocne etapy. Dużo by o nich pisać. Choć to zaledwie dwadzieścia miesięcy, jednak mogłaby powstać cała książka z działu „Literatura faktu”, albo opasły tom dziennika. Parafia i dzieci z II i III klas szkoły podstawowej na Dolnym Śląsku, doświadczenie uczelni… szybkie zmiany… próba zakorzenienia się, doświadczenie powrotu do ojczyzny, zmiana, stres, niepewność, lęk, plany…

A teraz… Gdzieś w nowym miejscu świata, w stanie, który nazywają „Crossroads of America”… W międzyczasie trans-pacyficzny lot do Australii… nowe obrazy, miejsca, ludzie, kultura, miłość… Tak, „na skrzyżowaniu dróg”… Po co? Jak długo? Z jakim skutkiem?... Oto pytania, na które odpowiedź pisze się… a czas leci „jak tkackie czółenko”, powiedziałby Hiob. Może trzeba by więcej zadbać o siebie? W końcu się zatrzymać? Ha, ostatnio porywają mnie ludzie i lektury, tacy jak: Thomas Merton, Jan Bereza, Laurencje Freeman... Współcześni mnisi. Tak, mnisi…!?

Zastanawiam się, czy wobec tak poważnych zmian nie zmienić nazwy tego poszarpanego czasem pamiętnika? Czy Al Romolo nie odłożyć do lamusa, a nadać mu zupełnie nowy tytuł…? Może ktoś podpowie…?

Czas zatem kontynuować chyba… „Apologia pro silentio meo” napisana… Co dalej…?

21 lut 2011

Nocą, przy świetle latarni pomyślane

Kończą się rekolekcje. Ja znów czuję się tak, jakbym z jednego „matrixa” przechodził w inny, ze świata w świat. Taki jestem, że gdy podejmuję jakieś działanie, to pochłania mnie ono tak bardzo, że nie pamiętam o innych sprawach. Czuję też zmęczenie.

Za oknem mroźno. Właśnie wróciłem z krótkiego spaceru po Ostrowie Tumskim. Ręce, mimo, że w rękawicach, zmarzły porządnie. Wszedłem na chwilę do katedry. Właśnie rozpoczynała się wieczorna Eucharystia. Wzrusza mnie widok młodych ludzi przychodzących na Mszę św. w poniedziałek. Tak ot, z potrzeby serca. Mimo mrozu. Ta msza jest wpisana gdzieś w ich codzienny grafik. Piękne! Nikt im przecież nie nakazał.



W Ewangelii dzisiejszej czytam historię spotkania pewnego ojca, którego syn miał ducha niemego, z Jezusem: „Lecz jeśli możesz co, zlituj się nad nami i pomóż nam! Jezus mu odrzekł: Jeśli możesz? Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy. Natychmiast ojciec chłopca zawołał: Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!”. Uświadamiam sobie, że „duch niemy i głuchy” siedzi w wielu ludziach. Rzuca nimi to w ogień namiętności, to w wodę studzącą na chwilę, by wrzucić na nowo w płomienie. Okropnie zniewalające jest jego działanie. Wraca temat wiary. Ona jest podstawą spotkania z Jezusem, otrzymania Jego mocy. On, Jezus może wszystko. Jest Panem. Nie muszę wątpić, tylko wierzyć. Jezus mówi też, że modlitwa i post są tu pomocne. Trudne czasem, wymagające, ale pomocne. „Zaradź memu niedowiarstwu!”.

Jutro powrót do codzienności. Chyba będzie mi znów brakowało wielkiego miasta. I mojego samotnego krążenia jego uliczkami i zaułkami. Wilki stepowe tak mają! Dziś rano Alek wysłał mi hasło, które gdzieś wygrzebał: „Hic sunt leones!”. Lwy są mocne, zdecydowane… Wciąż myślę, że jeszcze daleko mi do „leones”. A przydało by się być bardziej „leonem” niż „lupusem”, nawet jeśli tylko stepowym…

18 lut 2011

W cieniu archikatedry


Kilka dni w cieniu wrocławskiej archikatedry, na Ostrowie Tumskim. Prowadzę rekolekcje dla sióstr elżbietanek. Lectio divina. Kilka zaledwie fragmentów z Ewangelii wg św. Jana. W wolnym czasie sporo spaceruję, patrzę, rozmyślam. Gotycka archikatedra, dumnie i dostojnie wystrzela w górę, swoimi 37 metrowymi hełmami. Jest ona Matką kościołów diecezji, która ponownie stała się moim domem. Na jak długo? Tego nie wiem. Obok gmachy Wydziału Teologicznego, na którym obroniłem ongiś magisterium. Idę w kierunku kościoła Matki Bożej na Piasku. Próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, czy czuję się tu jak w domu? Czy odkrywam jakiś głębszy związek z tym miejscem? Trudno mi dać odpowiedź. Póki co trudno…

Tak, wiem. Jestem człowiekiem w drodze. Czasami jednak myślę, że trzeba by było już się jakoś ustabilizować na jakiś czas. Gdzieś się zadomowić. Więcej tworzyć. Budować. Nie od miejsca to zależy jednak, a od relacji z ludźmi, od przyjaźni, zaangażowania w dzieła. Wiele mnie łączy z Wrocławiem. Lata studiów, wchodzenia w dorosłość. Jednak czy jest tu już mój dom?

Widzę, że powinienem więcej studiować. Pokochać bardziej samotność. Tę twórczą. Modlić się, czytać, pisać, tworzyć i głosić. Na ambonie i uczelnianej katedrze. W indywidualnych rozmowach i posłudze. Tak, muszę zrobić ten krok i pokochać bardziej samotność. Ona jest dobra i potrzebna. Z niej rodzą się relacje z ludźmi, głębokie i szczere. A to już tylko krok do tego, by mieć poczucie zadomowienia się. Na jakiś czas. Przynajmniej…

Patrzę na oświetloną pięknie wrocławską katedrę. Latarnik pozapalał już gazowe lampy na Ostrowie Tumskim. Delikatnie pada śnieg. A ja wymieniam serdeczny uścisk z moją samotnością…

15 lut 2011

Sopoćko

Dzisiaj (15 lutego) wspomnienie błogosławionego ks. Michała Sopoćki, spowiednika św. Siostry Faustyny. Od jakiegoś czasu noszę w brewiarzu obrazek z modlitwą za przyczyną tego kapłana. W ogóle bliskie mi są postawy świętych kapłanów, bo od nich uczę się jak być kapłanem i jak kochać kapłaństwo, a to nie zawsze jest proste. Uczę się, jak być wiernym kapłanem i jak wymagać, od siebie przede wszystkim. Ostatnio nabyłem sobie „Dziennik” ks. Sopoćki, by dzięki niemu móc „podpatrzeć” zwykłe, codzienne życie tego mądrego i świętego kapłana.

W dzisiejszym brewiarzu, z okazji wspomnienia ks. Michała jest fragment jego pism. Niezwykle aktualny. Polecam!

Z pism bł. Michała Sopoćki, prezbitera
(Miłosierdzie Boga w dziełach Jego, Paryż 1967, t. 4, s. 217-218)

Miłosierdzie Boże w duszpasterstwie

Największym niebezpieczeństwem duchowym naszych czasów jest zeświecczenie dusz ludzkich. Nastrój laicyzmu wciska się dziś zewsząd do wszystkich mniej odpornych dusz. Nie atakuje on, jak dawne herezje, poszczególnych dogmatów wiary, ale podkopuje cały nadprzyrodzony światopogląd, usiłując odebrać sens życiu wewnętrznemu, zbagatelizować je i usunąć poza nawias trosk współczesnego człowieka wszelkie pozaziemskie aspiracje i pragnienia. Żyjemy w dobie szalonego tempa techniki, pod hasłem coraz to bardziej śmiałych zdobyczy ludzkiego umysłu, w gorączce wielkich miast, gdzie każdy nerw i każdy muskuł zmierza do pełniejszego wyżycia się i użycia: ziemski raj ma wyrugować z duszy ludzkiej płonne rzekomo marzenia o pozaziemskich wartościach. Stąd płynie niechęć do religijnych książek, lęk przed kazaniami, płytkość zredukowanych do minimum religijnych praktyk przy głębokiej ignorancji zasad wiary, rozprężenie etyki indywidualnej i rodzinnej oraz samolubnych instynktów użycia. Wobec tych nowych nastrojów, które zatruwają i bezkompromisowo przykuwają do ziemi współczesnego człowieka, słychać wołanie Kościoła: "Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość". To wołanie zdaje się być głosem wołającego na pustyni. A jednak i dzisiaj nakaz Zbawiciela: "Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, (...) Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem" - jest aktualny, jak i dawniej. Tym bardziej dzisiaj duszpasterz winien słowem i czynem realizować zasadę Sursum corda - skierowując serca wzwyż, nie przywiązując się nadmiernie do rzeczy doczesnych, które mól niszczy i złodziej zabiera, ale szukając przede wszystkim Królestwa Bożego, albowiem ponad złoto i platynę, ponad wiedzę i karierę, ponad zaszczyty i użycie, nieskończenie ważniejsze jest szczęście wieczne, przygotowane dla nas z miłosierdzia Bożego.
Równocześnie zatem z wysiłkiem odwiecznego wroga ludzkości, by dusze ludzkie zeświecczyć i pochłonąć w zawrotnym wirze życia zewnętrznego, duszpasterz ma rozwinąć i pogłębić wartości życia nadprzyrodzonego, ma wychowywać świętych przez odpowiednie kierownictwo i rządy dusz pod wpływem idei miłosierdzia Bożego, zarówno w konfesjonale, jak i poza nim.




Wszechmogący i miłosierny Boże, † Ty wybrałeś błogosławionego Michała, prezbitera, aby głosił światu orędzie Twego Miłosierdzia, * spraw, prosimy, aby jego wierna posługa przynosiła wszystkim ludziom obfite owoce nawrócenia i świętości.

1 lut 2011

A propos narzekania...

Chyba jednak za dużo narzekam. Może dlatego, że nie potrafię wszystkiego naraz udźwignąć… Człowiek potrzebuje wsparcia, zwłaszcza wśród swoich, w domu. Potrzeba czuć się „u-siebie”, a nie „u-kogoś”. To prawda, sam bywam wielkim indywidualistą, jednak (mam nadzieję) otwartym na dialog. Mam charakter „wilka stepowego”, czasem mi z tym dobrze, czasem mi trudno... Wiem jednak, że od dzieciństwa moją pasją jest Bóg, wiara, Kościół i człowiek. Teologia? Tak, teologia! Choć wciąż mi brak czasu na poświęcenie się tej pasji bardziej i wnikliwiej. Bo z tej pasji wyrasta kolejna, którą jest bycie wędrownym kaznodzieją, mnichem wagabundą, misjonarzem, człowiekiem w drodze, homo viatorem…

Ktoś mi właśnie poradził, żebym przeczytał dzisiejsze czytanie z Listu do Hebrajczyków: „Mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków, odłożywszy wszelki ciężar, [a przede wszystkim] grzech, który nas łatwo zwodzi, winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach. Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala. On to zamiast radości, którą Mu obiecywano, przecierpiał krzyż, nie bacząc na [jego] hańbę, i zasiadł po prawicy tronu Boga. Zastanawiajcie się więc nad Tym, który ze strony grzeszników taką wielką wycierpiał wrogość przeciw sobie, abyście nie ustawali, złamani na duchu. Jeszcze nie opieraliście się aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi” (Hbr 12,1-4).

Jestem wdzięczny za to trzeźwe przypomnienie, o co chodzi. Szukam kierownika duchowego, solidnego i konkretnego, wymagającego. Żeby innym dawać, trzeba samemu się naładowywać i kształtować ciągle.

jak siebie samego...

Zastanawiam się nad filozofią życia niektórych chrześcijan, którzy żyjąc w cywilizowanym świecie, w XXI wieku, nauczają z uporem, że trzeba dbać o innych pomijając, albo kosztem samych siebie. Liczy się drugi, nie liczę się ja. Osobiście nie zgadzam się z tą filozofią, gdyż przykazanie miłości uczy mnie, żebym „miłował bliźniego swego JAK SIEBIE SAMEGO”, a nie „w miejsce siebie samego”! Muszę zatem wpierw zadbać o siebie, później mogę pomyśleć o drugim. Dotyczy to nie tylko kwestii materialnych, ale także duchowych. Co za pożytek osiągnę, gdy pomogę się zbawić całemu światu, a swoją duszę skażę na potępienie…

Piszę te słowa w kontekście pewnych sytuacji, w których się znalazłem, i za które, przynajmniej „z papierka” powinienem być odpowiedzialny… Sytuacja jest absolutnie dla mnie nowa. Żałosne i żenujące jest to, gdy wracam po kilku godzinach pracy, do domu, zmęczony, i… zastanawiam się, czy nie lepiej od razu pójść do jakiejś knajpy, żeby cokolwiek uczciwego zjeść. Nie jestem wymagający, uważam jednak, że coś uczciwego powinno być. Rano, jak sobie nie zorganizuję czegoś, to idę do pracy o pustym żołądku, gdyż odpowiedzialne za kuchnię osoby przyjdą długo później, żeby przygotować śniadanko najpierw dla siebie. No właśnie: „Najpierw dla siebie”, tyle, że za moje pieniądze… Chyba jeszcze w życiu takiej sytuacji nie miałem, nawet, gdy przyszło mi przez dwa miesiące żyć w afrykańskiej, ubogiej rzeczywistości! Dlaczego? Chyba tylko z powodu powywracanego porządku i BRAKU ODWAGI, (także mojej), by trzasnąć w stół i powiedzieć, że czas najpierw pomyśleć o sobie!

Inna rzeczywistość to ta duchowa… w podobnie żałosnej sytuacji. Brak przestrzeni sacrum w domu, który z założenia powinien takim być, brak wyznaczonego czasu na wspólne duchowe „ucztowanie”, na rzecz działalności „apostolskiej” jest w moim odczuciu jakąś wielką POMYŁKĄ. Cóż, muszę znów powiedzieć chyba: „Mea culpa!”, że się temu tak poddaję!

Chyba czas odwrócić porządek, zmienić nieco tę dziwaczną filozofię życia, wg której liczy się wszystko i wszyscy, tylko najmniej ja sam, na tę ewangeliczną: „Miłuj bliźniego swego JAK SIEBIE SAMEGO”!

Dodaj odwagi i siły, Panie!

11 gru 2010

Z pewną dozą niepewności...

Niezgrabnie trochę, z pewną dozą niepewności, czy jeszcze potrafię, spróbuję jednak. Dla siebie przede wszystkim. Potrzebuję tego bardzo znów. Pisanie wydobywa z wnętrza człowieka to, co w nim siedzi. Pozwala popatrzeć na „linki” prowadzące do przestrzeni sytuacji, myśli, uczuć i emocji o ogromnej ilości treści. Nie jest się w stanie przekazać wszystkiego, co stanowi tak zwane doświadczenie wewnętrzne czy duchowe człowieka. Wszystko to jest tylko jakąś sygnalizacją. Na więcej trzeba czasu, bliskości, przyjaźni, odwagi… a i tak nie jest się w stanie (nawet przed sobą) oddać wszystkiego. Przed laty zapytał mnie profesor na obronie mojej pracy magisterskiej, czy warto pisać „Dzienniki”. Odpowiedziałem twierdząco. I wciąż jestem do tego przekonany. Dlatego spróbuję znów. Dla siebie. Przede wszystkim dla siebie.

Za oknem śnieg. Tak, śnieg. Od kilku miesięcy jestem w Polsce. Na własna prośbę. Potrzebowałem zmiany. Czułem, że to już czas. I choć jeszcze poprzedni etap niedokończony, to jednak to był czas. Po dwóch miesiącach w Małopolsce, znalazłem się nieoczekiwanie na Dolnym Śląsku. Próbuję wejść w mentalność i życie mojej Ojczyzny po kilku latach rozłąki. Próbuję wejść w nowe obowiązki, których jest chyba znów (za)dużo. Są pośród nich takie, które lubię, ale są też takie, które kosztują wiele stresu i napięć, a niekoniecznie dają poczucie spełnienia i satysfakcji. Wracając do tego powrotu… Jednak trochę, a może bardzo inną Polskę zostawiłem we wrześniu 2002 roku. Nawet kiedy wracałem tu na krótsze bądź dłuższe chwile, wydawało mi się, że jest tak samo. Teraz widzę jak dużo się zmieniło. Nie wiem, czy na dobre. Chyba próbuję odnaleźć samego siebie w tym wszystkim. Coraz częściej powtarzam słowa Psalmu: „Dobrze to dla mnie, Panie, żeś mnie upokorzył”… za wiele… Szukając siebie, szukam innych. Ludzi, człowieka, który myśli podobnie jak ja, czuje podobnie jak ja, ma filozofię świata podobną do mojej. Nie, nie mówię teraz o jakiejś przyjaźni. Sporo mógłbym samemu sobie na tej płaszczyźnie powyrzucać. Myślę o kimś, kto dzięki podobnej opcji i spojrzeniu, byłby wsparciem. Dużo się zmieniło. W naszej katolickości też, oj!

Mam jednak takie przekonanie, że nie znajdę siebie poza sobą. Czuję potrzebę ciszy, regularnego przebywania w przestrzeni swojej samotności. Mam coraz silniejsze przekonanie, że nic nie mogę zrobić bez słuchania Słowa, bez ciszy adoracji. W listopadzie pojechałem na kilka dni rekolekcji do jednego z domów tuż za murami Jasnej Góry. Od nie pamiętam kiedy, wstawałem przed godziną 6 rano, by pójść do jasnogórskiej kaplicy. To było niezwykłe, gdy o tej bądź co bądź wczesnej godzinie, spotykałem sporą grupę ludzi, w różnym wieku, którzy przyszli albo na pierwszą Mszę św., albo do spowiedzi. Popatrzyłem na to w kontekście moich refleksji o naszej wierze i katolickości. Pomyślałem, że pomimo zmian, rozwoju, ataków, pochwał, itp. na Jasnej Górze jest wciąż tak samo jak 600, 300, 100, 10 lat temu… ludzie odmawiają „Zdrowaśki”, spowiadają się, przyjmują komunię św., na kolanach przechodzą wokół ołtarza Matki. I trwają. I oni, i to miejsce, i Polska. Odkryłem wtedy, że w tym wszystkim jest coś bardzo mojego, coś, co zagubiłem lata temu… Wstawanie na 6 rano do klasztorku, „zdrowaśki”, prosta wiara… Jakieś tajemnicze źródło siły. Trudne do wyjaśnienia tak ot, po prostu, w naszej narcystycznej czy celebrytycznej rzeczywistości. A jednak to ranne wstawanie i modlenie się – działa!

Nie zmieniam tytułu bloga. Wprawdzie moje „dziś” jest daleko od Romolo, to jednak zostawiłem tam cząstkę siebie. I zawsze będę tam wracał z rozrzewnieniem. To był dobry czas! Oby i ten nie był gorszy! Oby…!

4 lis 2009

Czas wrócić...

Nie będę się usprawiedliwiał, dlaczego tak dawno... etc, etc.
Jest dobrze! Choć przyznam, że po powrocie do Romy, trudno znaleźć czas i ludzi, by pójć do Romolo...
Myslę jednak, że może czas tutaj wrócić..., do tej strony i tego bloga i od czasu do czasu zajrzeć znów... i spróbować się SPOTKAĆ i PODZIELIĆ życiem z drugim i z samym sobą...

Tak, jest czas!
Więc "a presto", jak mówią Włosi... A presto!


13 sie 2009

Odpust wawrzyńcowy


W ubiegłą niedzielę głosiłem Słowo u św. Wawrzyńca w Chorzowie. Był odpust parafialny. Cieszę się ilekroć tam wracam. Zadomowiłem się już w klimacie tej specyficznej, jak na wielkie miasto parafii. Jej specyfika polega na tym, że większość parafian to ludzie starsi. Wciąż nie rozumiem, dlaczego młodych miałoby „wywiać” w inne miejsca, gdyż uważam, że teren położony na wzgórzu pomiędzy chorzowskim Teatrem Rozrywki a Parkiem Kościuszki i stadionem Śląskim jest niezwykle atrakcyjny. A może to ja się już starzeję… Niewątpliwie prześladuje mnie potrzeba stabilizacji – we wszystkich wymiarach mojego „ego”. Ale nie o tym miałem pisać.

Zastanawiałem się jaki wybrać temat na odpustowe kazania w parafii, gdzie głosiłem już misje i rekolekcje. Zdecydowałem się „unowocześnić” św. Wawrzyńca! Pierwsza refleksja, która stała się punktem wyjścia wiązała się z pytaniem, czy potrzebujemy jeszcze dzisiaj świętych? Czy nie jest to jakiś kościelny archaizm (jeden z wielu zresztą w mniemaniu współczesnych)? A więc z jednej strony czy święty, taki jak Wawrzyniec, który żył w IV wieku, jest mi w ogóle do życia i szczęścia potrzebny? Z drugiej strony jednak, kiedy umiera ktoś wielki, takiej klasy jak Jan Paweł II bądź Matka Teresa, wówczas emocjonalność ludzka podpowiada, by stawiać tych ludzi na piedestałach świętości już (albo nawet przed) w chwili ich odejścia z tego świata. Hasło „Santo subito!” staje się transparentem. Jednak uwaga! Czy z biegiem czasu nie wyciągamy tego transparentu coraz rzadziej, z racji rocznicy lub szczególnego wydarzenia? Emocje wystygły, życie biegnie do przodu, a za przeproszeniem, co z „Santo subito”? No właśnie. Dlatego nie jestem zwolennikiem ani głoszenia takich haseł, ani też expressowych procesów beatyfikacyjnych w Kościele. I tu (mam tego świadomość) narażam się wielu… Jednak do dogmatów wiary ta kwestia nie należy. Jest jeszcze trzeci wątek sprawy świętych. Mianowicie kiedy umiera ktoś, kto wykreował się na gwiazdę, bądź też go wykreowano na takową, jakiś idol (patrz np.: Michael Jackson), następuje ogólne poruszenie, wzruszenie i żałoba. Odszedł idol! Zostajemy bez niego. A przecież to on kreował rzeczywistość i styl życia wielu nie tylko fanów. Czujemy się opuszczeni. Dlaczego się to stało? I nie jest wtedy ważne ani to, że np. idol miał już swoje lata, że chorował, że mógł się bardzo źle w życiu prowadzić. Nie. Problem w tym, że go już nie ma!
Czy potrzebujemy zatem świętych? A jeśli tak, to jakich? Czy np. Wawrzyniec może jeszcze coś wnieść w życie XXI - wiecznego człowieka?

Święty to nie jest ktoś, kto przeżył życie perfekcyjnie, ktoś idealny, bardzo pobożny. Święty to także nie gwiazdor bądź gwiazda, idol publiczności. Święty, w moim rozumieniu, to przede wszystkim ktoś, komu udało się w końcu po walce, trudach, niepowodzeniach, upadkach i zmaganiach, osiągnąć w życiu harmonię, to ktoś, kto stał się też w końcu jedno z Chrystusem, według słów św. Pawła: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). Święty to ktoś, kto odnalazł harmonię, przyjmując styl życia Ewangelii. Pismo Św. stało się dla niego instrukcją życia, dobrego i szczęśliwego.

Próbując zsynchronizować życie rzymskiego diakona Wawrzyńca ze słowami Pisma, znalazłem w proponowanych przez liturgię wiele odnośników. Rzeczywiście można by zaplanować cały cykl kazań o św. Wawrzyńcu na podstawie czytań w liturgii Słowa. Na tegoroczny odpust postanowiłem wybrać jedno. Mottem stał się refren śpiewanego psalmu 112: „Mąż sprawiedliwy obdarza ubogich”. Tłumacząc kolejne słowa – znów to powiem: nieco archaicznie i staro-kościelnie brzmiącego refrenu – odkrywałem profil duchowy Wawrzyńca, próbując uwspółcześnić świętego. I tak:

- „Mąż” – nie chodzi nam tu o mężczyznę, chłopa czy faceta, kogoś szczególnie cnotliwego i nietuzinkowego, ale chodzi o Człowieka (mężczyznę bądź kobietę) pisanego przez wielkie „C”. Człowieka, dla którego podstawowym sensem życia jest człowieczeństwo. „Szukam Człowieka”, to zdanie od dawna jest jednym z istotniejszych w moim życiu. Ów „mąż” to także ktoś, o kim mówi pierwsza zwrotka psalmu, że jest „człowiekiem, który boi się Pana”, bogobojny, dla którego Bóg jest Bogiem.

- „Sprawiedliwy”. Co oznacza, że człowiek ten jest sprawiedliwy? Według jakich kryteriów sprawiedliwości? Czy takich, według których otrzymasz tyle, ile sobie wypracowałeś i nie obchodzi mnie nic więcej, bądź też potraktuję cię tak, jak sobie na to zasłużyłeś? Kierując się tak rozumianą sprawiedliwością, stajemy się rygorystami, bądź ludźmi „bez serca”. Niby wszystko w porządku, a jednak… Najtrudniejsze jest jednak to, że nie rzadko trzeba człowiekowi zarabiać na miłość. I to już w domu rodzinnym! „Będę cię kochać, jeśli…”. Miłość za coś, miłość z powodu czegoś, miłość za pieniądze… boli, rani, zabija.
W kontekście sprawiedliwości zacytowałem ostatnią encyklikę Benedykta XVI, „Caritas in veritate”: „Przede wszystkim sprawiedliwość. Ubi societas, ibi ius: każde społeczeństwo opracowuje własny system wymiaru sprawiedliwości. Miłość przewyższa sprawiedliwość, ponieważ kochać to znaczy darować, ofiarować coś mojego drugiemu; ale miłości nie ma nigdy bez sprawiedliwości, która skłania, by dać drugiemu to, co jest jego, co mu się należy z tej racji, że jest i działa. Nie mogę drugiemu «darować» coś z siebie, jeżeli mu nie dam w pierwszym rzędzie tego, co mu się należy zgodnie ze sprawiedliwością. Kto kocha drugich, jest przede wszystkim sprawiedliwy wobec nich. Sprawiedliwość nie tylko nie jest obca miłości, nie tylko nie jest alternatywną albo paralelną drogą miłości: sprawiedliwość jest niepodzielnie związana z miłością” (nr 6). To jest dobra synteza!

- „Obdarza”. Kwestia obdarowywania wypływa z miłości. I znów papież pisze, że na miłość trzeba patrzeć zawsze jako na rzeczywistość „przyjętą i darowaną”. Muszę nauczyć się przyjmowania, żeby dawać. Mogę dawać z tego, co posiadam, kim jestem. Mój zmarły przyjaciel Justyn, który słynął z tego, że wszystkim co miał się dzielił, mówił mi często, że z jednej kieszeni daje, a w drugą dostaje. Ta złota zasada spowodowała, że choć żył niezwykle skromnie, to nigdy mu niczego nie brakowało. Nawet świeżych kwiatów na stole!

- „Ubogich”. Nie mylić z biedakami i nędzarzami proszę! Nie można na ubóstwo patrzeć jedynie w kategoriach braków materialnych. Ubóstwo ma wiele wymiarów. Śmiem twierdzić, że każdy jest w pewnym sensie ubogi, jeśli tylko to widzi w sobie. Ubóstwo duchowe (nieraz prawdziwa nędza i pustka), intelektualne, uczuciowe (dziś coraz bardziej związane z wirtualnym postrzeganiem świata i ludzi), i oczywiście materialne. Ale to także np. wygląd, wiek, starzenie się, choroba, niepowodzenia. Definiując własne ubóstwo i akceptując to, czego się już nie da zmienić, mogę stać się wielka pomocą (prawdziwym skarbem) dla drugiego, który ucieka przed swoim ubóstwem. Wawrzyniec przyprowadził ubogich z Rzymu i określił ich „skarbami Kościoła”. Zatem warto przemyśleć własne ubóstwo, by walcząc z nędzą w sobie, zaakceptować to, co może być bogactwem dla innych.

I tak – w skrócie – przybliżałem Wawrzyńca, świętego Wawrzyńca, życząc sobie i słuchaczom tego, by mieć odwagę stawania się Człowiekiem, który będąc sprawiedliwy sprawiedliwością wypływającą z miłości, będzie dawał i dzielił się z innymi tym zwłaszcza, co stanowi przestrzeń swojego „ja”, także ograniczeniami i nie domaganiami, także odwagi tego, by stawać się świętym.

6 sie 2009

Czy mam(y) coś z kobiet(y)?.. :-)

Jadąc pociągiem poczytuję ostatnio notatki "z dnia na dzień" z roku 2007, ks. prof. Romana E. Rogowskiego z Wroclawia. Wlasnie w jednej notce czytam cos, co mnie i rozmieszylo i sprowokowalo do szybkiej analizy wlasnego postępowania:

"Po drodze muszę poklonić się Matce Bożej w Katedrze i wstępuję do księgarni, a tu muszę kupić sobie jakąs książkę. Kupuję "W poszukiwaniu duchowosci XXI wieku" Ronalda Rolheisera. Jest we mnie chyba cos z kobiety, która - by poprawić sobie samopoczucie - musi kupić sobie cos z "ciuchów"...".

Ehh, skąd my to znamy, Księże Profesorze... ;-)

5 sie 2009

Z Tej ziemi :)


Zbyt wiele dzieje się ostatnio, żebym mógł to ogarnąć jednym spojrzeniem. Jak to
zresztą w życiu bywa mieszają się ze sobą chwile piękne, szczęśliwe, roześmiane, pełne niezmąconego niczym młodzieńczego wręcz przeżywania codzienności, z tęsknotą i pragnieniami oraz z odpowiedzialnością(ami) za to czy tamto, koniecznością podjęcia decyzji co i jak dalej, i przede wszystkim ukończenia rozpoczętego kilka lat temu zadania.


Kilka dni w domu rodzinnym mojego Przyjaciela, były kilkudniowym czasem normalnego, zwyczajnego domowego życia, takiego bez obchodzenia się z gościem (czyli ze mną) jak ze „święta krową”. Wręcz przeciwnie! Oprócz przyjemności, takich jak posiedzenie przy kubku z pachnącą wspaniale kawą z mlekiem i ciastku agrestowym, rodzinne grillowanie i śmiech do rozpuku z przejęzyczenia pani Roułzy, kiedy zamiast „pontonów” opowiadała o „tamponach”, na których wypływali z zalanych domów mieszkańcy niektórych śląskich miast… Prawie codzienna droga do Gliwic, by zajrzeć na uczelnię i poznawać prześwietne grono tamtejszych wykładowców – pracowników Katedry N.N., a następnie zwiedzanie „Forum”, które staje się kultowym miejscem w Gliwicach. A poza tym takie zadanie jak np. malowanie drzwi garażu. Grono moich bliskich powiększyły także dwie przesympatyczne jamniczki, o wdzięcznych imionach Paulina i Agata. Aż dziw bierze, że trafiły tak szybko do mojego serca! Odwiedziny królewskiego miasta Krakowa, spotkanie z Lucyną i Markiem w kazimierzowskiej Mleczarni i smaczne zapiekanki w okrąglaku na Placu Nowym. Msza św. u Brata Alberta w majestacie mistycznego obrazu Boga - Człowieka (Ecce Homo) i kolacja u kochanych sióstr albertynek… Tydzień, który był jednym z piękniejszych i szczęśliwszych w ostatnich latach. Uświadomiłem sobie, że na dobrą sprawę już kilka lat nie miałem prawdziwych wakacji. Nie umiałem ich sobie zorganizować, z różnych względów, bo to praca, bo to obowiązki, itp., itd. A wakacje, w czasie których nie myśli się o niczym, zwłaszcza o pracy, stają się sprawą konieczną, obowiązkiem wręcz! I będę tego pilnował! Fakt, że trudno myśleć o wakacjach w pojedynkę. Ja bynajmniej tak nie potrafię. Potrzeba bliskich, przyjaciół znajomych i bycia razem. Tak więc tydzień wakacji mam już za sobą!

Kilka dni później znalazłem się w jednej ze śląskich parafii, by zastąpić tamtejszego proboszcza. Kolejne ciekawe i bogate doświadczenie, bo… mimo 10 lat kapłaństwa nigdy nie pracowałem na parafii jako wikary, a tu awansowałem na dwutygodniowego farorza, jak to się na Śląsku godo. Parafia wiejska, z pięknym
kościołem, który jest poddany gruntownym remontom i przywróceniu pierwotnego piękna, odebranego mu przez nadgorliwość soborowego pokolenia duszpasterzy. Kościół jest rzeczywiście imponująco piękny. Także budynek probostwa, blisko 200-letnia budowla, wymagająca niestety ogromnego nakładu pracy i pieniędzy, aby ją wyremontować. Dobrą atmosferę domu wprowadza bardzo energiczna pani Wanda, gospodyni plebańska. Na plebanii przebywa też aktualnie signora Dorota, Polka z Rzymu, konserwator zabytków. Mieszka także mama proboszcza i suczka o imieniu Suzi. Przyznam, że tworzyliśmy wszyscy całkiem dobry team. Jeśli poszerzymy go jeszcze o osobę kopidoła Hanysa (kopidół w gwarze śląskiej to grabarz), pana Heńka – kościelnego i pana Henia – organisty, a także o rodzinę Tesi, jej męża i syna Mariusza, to można by było nakręcić film pt. „Fara” (w odróżnieniu od „Plebanii”). Wiejska parafia na Górnym Śląsku ma swój niepowtarzalny urok. Codzienna Eucharystia, liczne spowiedzi, niedzielne kazania, sobotni ślub Krzyśka z Pauliną i chrzest 8-miesięcznego Kacperka. Osiemdziesiąte urodziny pani Klary, wspólne świętowanie po Mszy św., a po drodze jeszcze odpust św. Anny u wujka księdza. To był dobry czas. Bycie zwyczajnym, najnormalniejszym w świecie księdzem, z ludźmi i wśród ludzi. Czas na studiowanie, pisanie pracy i czytanie, czas zorganizowany, poukładany, dobrze zagospodarowany. Czas na modlitwę, studiowanie, bycie z ludźmi i na… sport. Tak, sport! Każdego wieczora ubierałem spodnie z dresu, i rozpoczynałem godzinny prawie trening z kijkami. Nordic walking staje się coraz popularniejszy. Ludzie na początku się oglądali, co „tyn farorziczek robi”, niektórzy pytali, gdzie zostawiłem narty. Jednak w ubiegłą niedzielę w ogłoszeniach duszpasterskich nie omieszkałem powiedzieć, że kiedy wrócę tu za rok, mam nadzieję, że będzie już spora ekipa walking-owców.

Od kilku miesięcy przeżywam na nowo zakochanie w Górnym Śląsku. W każdym calu. Jego historią, religijnością, krajobrazem, ludźmi, kulturą. I czuję się dumny, że jestem Ślązakiem! Coraz bardziej dumny! Chciałbym tu kiedyś wrócić na dłużej. Tu są moje korzenie, tu jest mój dom… Pszczyna, Katowice, Tarnowskie Góry, Bytom, Ruda Śl., Chorzów, Mikołów, Gliwice… nie wspomnę już o mniejszych miejscowościach i wioskach. Jadąc (ostatnio kilkakrotnie) drogą z Orzesza do Gliwic, jest taki moment, chyba w Gierałtowicach, że po prawej stronie widać w dole wielką przestrzeń lasów, szyby kopalniane, kominy z Łazisk… Piękno tej ziemi, śląskiej ziemi, mojej ziemi… I jeszcze, zatrzymując się przed kościołem w Opatowicach, znów schodząca w dół ogromna przestrzeń ziemi tarnogórskiej… Nie wspomnę już o parku w Reptach… Rynku i pałacu w Pszczynie… o kościołach, cmentarzach, pałacach i zwyczajnych domach… i ludziach, ślązakach z ich historią…

A teraz? Siedzę w domu i modlę się o zapał. Przede mną „Katolicyzm” de Lubaca w wersji francusko-, włosko- i polskojęzycznej, otwarty dokument Worda na stronie 67 kolejnego rozdziału pracy. Marcin, dziękuję Ci za poganianie mnie i motywowanie do pracy. Po co piszę w ogóle ten dr? Nie dla kariery, nie. Piszę, bo chcę wypełnić zlecone mi zadanie. A przy okazji, by poznawać wciąż katolicyzm, także w wymiarze intelektualnym, moją drogę do Boga, moje życie.

Krzysiek, Tomek, Wiesiek, Sławek, Grzegorz, moi zakonni bracia zajrzeli do mnie w odwiedziny. Z Jackiem i Carlosem, naszym bratem z Kolumbii spędziliśmy miłe popołudnie i wieczór w Bielsku. Pogrzeb brata Cypriana był okazję by spotkać innych braci. Cieszę się, że jesteście, że jesteśmy, że tworzymy rodzinę! Jana, Helena i Jadzia dzwoniły, jakoś mi radośniej, że jesteście, kochane Siostry, że myślicie i pamiętacie! Pawle, wiem, wiem, chcę odpisać na Twoje maile. Chyba wraca mi dzisiaj wena twórcza! Simon wakacjuje w Katowicach, trzeba by się na kawę umówić. A tak na koniec, trzeba dobrze wykorzystać czas, nie poddawać się! Już sierpień!!! Trzeba się spiąć, wziąć w garść i do roboty, bo „bez pracy nie ma kołaczy”! To tyle zatem na dziś, i tak za chwilę dostanę sms-a z tekstem: „A miałeś pisać doktorat!!!”. Piszę, piszę…

:-)

28 lip 2009

Pan Bóg blogerem

Na portalu www.wiara.pl znalazlem wlasnie cikawe stwierdzenie ks. Artura "Tarantino" Stopki, który dorobil się już kanalu na YouTubie:

"Pan Bóg przypomina blogera, który umieszcza swojego posta w sieci. Jedni przyjmą i zrozumieją treść wpisu. Inni go odrzucą, źle zinterpretują, skrytykują. A większość… Większość w ogóle go nie przeczyta".

Oryginalne i trafne, nieprawda?

26 lip 2009

Rozerwany chleb - złamane życie i co dalej?

W komentarzu do dzisiejszej Liturgii Slowa, Augustyn Pelanowski OSPPE pisze:

"Jezus połamał chleby, odmówiwszy dziękczynienie. Rozerwany chleb jest obrazem złamanego życia. Czy można dziękować za połamane życie? Dziękując, przeistaczamy wszystko, co bolesne, w cudowne.

Zawsze mnie wzrusza, gdy czytam, jak Jezus nakazuje uczniom zebrać ułomki. Swego czasu pomyślałem, że jest to obraz Kościoła, gdyż ułomków było dwanaście koszy, a więc tyle, ilu było apostołów. Tajemniczo brzmią słowa: ABY NIC NIE ZGINĘŁO. Wydają się zaadresowane do zupełnie innej rzeczywistości niż walające się w trawie pozostałości po spożyciu chleba. Skąd taka troska o resztki jedzenia? Zbywające ułomki po chlebie wydają się obrazem odrzuconych i niepotrzebnych nikomu ludzi, odnajdujących jednak swoje miejsce we wspólnotach Kościoła, symbolicznie zilustrowanych w owych koszach".


Podoba mi się ta interpretacja. Polamany chleb, obraz zlamanego życia... kryzysów, dramatów, zranień. I co robić? Nie zalamywać się, ale dobrze wykorzystać, podziękować za to, co trudne i dzielić się z innymi, bo to i nam i innym pomaga. Rzeczywiscie wtedy wszystko to, co bolesne przeistacza się w cudowne!

25 lip 2009

O przyjaźni

Dostałem niedawno małą książeczkę – „instrukcję obsługi” o przyjaźni. W zawartych w niej myślach autorstwa ks. Marka Dziewieckiego czytam:

„Nikt z nas nie może rozwijać się bez miłości. Życie poza miłością jest największym dramatem człowieka. Im mniej miłości doświadczamy, tym bardziej oddalamy się od szczęścia i tym szybciej tracimy radość życia. Dojrzała przyjaźń jest podstawowa formą miłości. Taka przyjaźń to coś znacznie więcej niż dobre koleżeństwo. Przyjaźń to wielki skarb i źródło entuzjazmu”.


Pięknej i prawdziwej przyjaźni życzę i sobie i każdemu, kto tu zagląda!
Przyjaźni, która będzie wielkim i najcenniejszym skarbem.
Przyjaźni, która będzie źródłem entuzjazmu, i która będzie rozwijać i rozszerzać horyzonty!

7 lip 2009

Ustrońskie zapiski (3)

Środa, 1 lipca

Lipiec, lato, wakacje… W tym roku ostatnie tygodnie nastrajają raczej minorowo do życia. Ulewne deszcze na przemian z wyładowaniami atmosferycznymi, zwanymi burzami, to znów nieznośna parnota i duchota. Mimo tego wszystkiego nie rezygnuje jednak z rannych „spacero–treningów”. To prawda, nieraz muszę przełamywać swój opór i lenistwo, ale w konsekwencji się opłaca. Wracam po prawie półtorej godziny do mojego pokoju na IV piętrze ŚCR-u zmęczony, zdyszany i doszczętnie spocony. Jednak dobrze jest się solidnie zmęczyć. Poprawia to kondycję.

Popołudniu przyjechał Rafał. Przywiózł mi trochę letnich ciuchów, które wydobył z szafy w moim rzymskim pokoju. Po kolacji poszliśmy na spacer i braterskie dialogi. Z Rafałem spędziliśmy wiele lat w jednej wspólnocie. Świetnie się rozumiemy i osobiście mam do niego wielkie zaufanie. Właśnie zaufanie. W naszych quasi „filozoficznych” dialogach na temat życia, aktualnej sytuacji w naszej, bądź co bądź sporej rodzinie, na temat naszej pracy, naszego dziś i jutro, obok mam nadzieje zdrowej krytyki oraz próby odpowiedzi na wiele pytań, pojawił się dziś temat zaufania jako fundamentu każdej zdrowej i dobrej relacji międzyludzkiej. Trudno budować relację, przyjaźń, nie mając do kogoś zaufania. Jednak z zaufaniem nie jest tak prosto. Potrzeba czasu, by mogło się zrodzić. Myślę, że trzeba chcieć zaryzykować, zdając sobie sprawę, że może się okazać, iż ktoś, komu zaufałem, nadużył lub sprzeniewierzył moje zaufanie, bądź też zranił dogłębnie. Ten realizm wydaje mi się bardzo potrzebny. Muszę też zdawać sobie sprawę, że i ja jestem zdolny do nadużycia zaufania, i ja potrafię ranić. Ryzykując jednak zaufanie, podobnie jak konsekwentnie ryzykując przyjaźń, relację z drugim, może się okazać, że trafiłem na bezcenny skarb, jakim jest przyjaciel, bądź po prostu człowiek godny mojego zaufania. Ktoś taki potrafi i chce słuchać (wy-słuchać), nawet jeśli nie ma gotowych rad na wszystko. To naprawdę bezcenny skarb w świecie, w którym o zaufanie, o przyjaźń, szczerą i trwałą, jakoś tak trudno bardzo…
Tak więc nasze braterskie dialogowanie z Rafałem na różne „nasze” i wspólne tematy, dało znów wiele światła i materiału do osobistych przemyśleń.

Czwartek, 2 lipca

Dziś w południe przyjechał Marcin. Prawie że wpadliśmy na siebie, kiedy wychodziłem z Sali treningu rowerowego, a on z butelką Ice-Tea wychodził z naszej szpitalnej kawiarni. Marcin jest pracownikiem naukowym i nauczycielem akademickim jednej z polskich uczelni wyższych. Człowiek kościelny, mocno zaangażowany, rzymianin z umiłowania. Przyjechał na weekend w Ustroniu, i bardzo się cieszę, że ten czas możemy spędzić razem. To jest właśnie czas nie tyle na zwiedzanie (bo co można zwiedzać w Ustroniu, oprócz kawiarni i restauracji), ile czas poznawania siebie, budowania i wzmacniania relacji. Czas zaufania. Bardzo lubię Marcina za jego szczerość do bólu. Potrafi wprost powiedzieć co i jak. To pomaga (mnie osobiście bardzo) korygować samego siebie. Tak więc kilka minut później siedzieliśmy w Marcinkowym Fiacie zjeżdżając do centrum uzdrowiskowego miasta. W połowie drogi okazało się, że rzeczy martwe bywają okrutnie złośliwe. Odpadł tłumik w aucie… Zatrzymaliśmy się na parkingu i zaczęliśmy dumać, co robić. Pomogła s. Aneta. Jeden telefon i za kilkanaście minut był już pan mechanik. Problem prawie rozwiązany. Kobiety jednak są bardziej praktyczne i operatywne od nas, teoretyków. Wprawdzie musieliśmy kontynuować zjazd do miasta bez tłumika, co wiązało się z nieprzeciętnym hałasem, udało się w końcu bezpiecznie zaparkować i udać się na rozmowy, przegryzane miejscową pizzą (a obiecywałem sobie, że poza Włochami do pizzerii nie wstąpię…).

Piątek, 3 lipca

Święto Św. Tomasza, apostoła. Tomasz Didymos = Tomasz Bliźniak. Musiał dotknąć, żeby uwierzyć. Musiał sprawdzić, żeby się przekonać. Słowa innych nie wystarczały mu. Trudno oceniać Tomasza. Taki był, taki miał charakter. Zresztą zmartwychwstały Jezus pozwolił mu na to. Przyszedł specjalnie do niego, pokazał rany i pozwolił je dotknąć. To, co mnie porusza u Tomasza, to jego wyznanie: „Pan mój i Bóg mój!”. W końcu doszedł do tego. Doszedł do wiary. Już nie potrzebował więcej dowodów. Sam zaczął świadczyć. Dotknął. Ja też dotykam. Codziennie. Czy jednak wierzę? Tak, jak Tomasz? Wiele mi brakuje. Same słowa, to nie wszystko. Potrzeba świadectwa. Jeszcze (albo aż) tego. Właśnie.

Wolne chwile spędzamy z Marcinem. Wiele mamy do opowiedzenia, podzielenia. Na bazie wzajemnego zaufania. Poznanie jest początkiem przyjaźni, później akceptacja, aż w końcu relacja, która z czasem staje się upodobnieniem się do drugiego. Tak jest w każdej zdrowej relacji. Przyjaciół poznaje się w biedzie, wspominałem już o tym. Marcinowi zawdzięczam to, że nawet kiedy ja z różnych względów nie odpowiadałem na jego telefony, leżąc w szpitalu, walcząc z różnymi nastrojami, on nie dawał za wygraną, ale dzwonił. „Jak Cię wyrzucają drzwiami, wejdź oknem” , ktoś mi kiedyś powiedział. Dokładnie tak. Nie dawać za wygraną wiedząc, że tam z drugiej strony jest ktoś, kto tak naprawdę potrzebuje pomocy, rozmowy, człowieka, ale chwilowo poddał się uczuciom zniechęcenia, może rozpaczy, osamotnieniu… Różnie to bywa. Dzisiaj w końcu mamy czas, żeby spokojnie rozmawiać już nie przez telefon, ale „face to face”, twarzą w twarz.

Chciałbym wrócić do tematu relacji, przyjaźni, poznania i akceptacji. On raz po raz wraca w moich refleksjach. Może dlatego, że jest mi jakoś bliski, że wiele razy eksperymentowałem go w życiu, z różnym skutkiem, że teoretycznie mówiłem na ten temat innym. Lubię podejmować ten temat, gdyż zapośredniczając w ludzkich relacjach, łatwiej mi pokazac o co chodzi w relacji z Panem. Dokładnie tak samo. A więc: najpierw POZNAĆ. Poznanie wymaga czasu. Nie da się poznać kogoś tylko na podstawie jego fotografii, profilu na naszej - klasie bądź facebooku. Nie da się go poznać do końca nawet gdy całymi godzinami będzie się rozmawiało przez gadu-gadu, Skype lub Msn. Nigdy to nie będzie to samo, co spotkanie na żywo i czas, który się poświęca na to spotkanie. Człowiek jest tajemnicą. Jest jak ocean, nieprzenikniony, niezgłębiony. Stąd, gdy od początku poznaniu towarzyszy zaufanie, gdy jest ono fundamentem, wówczas jest szansa, by naprawdę tego drugiego poznać. Tylko uwaga, nie przez pryzmat własnych oczekiwań, wyobrażeń o kimś, ale naturalnie, zwyczajnie, takim, jakim ktoś jest. W poznaniu ważne jest słuchanie. I to nie tylko tego, co ktoś wypowiada językiem werbalnym, ale także tego, co chce przekazać i przekazuje językiem niewerbalnym. Nieraz tym właśnie językiem, bez słów, człowiek przekazuje wiele ważnych komunikatów. Stąd też liczą się spojrzenia, gesty, sposób zachowania, jednym słowem wszystko to, co stanowi język ciała. I w końcu chcąc kogoś poznać, dobrze poznać, ważne jest poznanie także środowiska życia tej osoby. Jej dom, rodzina, środowisko. W teologii biblijnej używa się takiego sformułowania „Sitz im leben” (dosł. „siedlisko życiowe”). Do tego jednak potrzebne jest zaufanie. No bo jak można zaprosić kogoś do swojego domu (albo w swoją przestrzeń życia), kogo się nie zna, komu nie wiadomo czy można zaufać? Przed laty powiedział mi ktoś zapraszając mnie do swojego mieszkania, że jest to ważny gest zaufania i akceptacji, który okazuje się drugiemu. Tyle na temat poznania (nie mylić ze stolicą Wielkopolski!). W wielkim skrócie, to tylko fragment moich teoretyczno – praktycznych rozważań. Odnoszę wrażenie, że dziś ludzie bazują (nieszczęśnie chyba) na „poznaniu” przez Internet. Bezpieczniej to, można opowiadać co się rzewnie podoba. Kreować według swojego uznania świat, osobowość, charakter, wygląd. Żyć wyobrażeniami. Żyć fikcją. Do czasu. Ludzie mają często dziś jakiś lęk przed spotkaniem lub poznaniem kogoś w świecie rzeczywistym. I w końcu kiedy zastanawiamy się, dlaczego relacje międzyludzkie są nietrwałe i kruche, to jedną z odpowiedzi, która mi się nasuwa jest ta, że zabrakło czasu na dobre poznanie siebie. W konsekwencji, jak z zabawką, kiedy się znudzi, trzeba rzucić nią w kąt. Tylko, czy człowiekiem powinno się tak rzucać?

Taka oto garść refleksji na temat poznania jest owocem lipcowego piątku, wypełnionego rozmowami z Marcinem. Wypełnionego poznaniem w Ustroniu, nad Wisłą.

Sobota, 4 lipca

Samochód naprawiony. Ruszamy w trasę. Śniadanie w przesympatycznej Pierr…ogarniiii w nowo wybudowanym pasażu w centrum Ustronia, a po nim kierunek Salmopol. To jedno z tych miejsc, w których bardzo dawno nie byłem. Zaparkowaliśmy autko i miły pan Baca zaprosił na posmakowanie oscypka z grilla. Bardzo lubię oscypki, a z grilla mają swój wyjątkowy smak. Idziemy na spacer, popatrzeć na piękne, górskie panoramy, pooddychać trochę beskidzkim powietrzem i rozmawiać. Kiedyś Tomek w jednym z niedzielnych kazań u Świętej Trójcy w Krakowie mówił o „celebrowaniu przyjaźni”. Zapadło mi to sformułowanie w pamięci i sercu. Beskidy nastrajają mnie pozytywnie do rozmów. Rozmawiamy o życiu, uniwersytetach, ludziach. Dzielimy się doświadczeniami spotkań.

Mnie przychodzi na myśl refleksja, będąca kontynuacją wczorajszej o poznaniu. Tym razem AKCEPTACJA. Jest to pierwszy etap każdej prawdziwej miłości, przyjaźni, koleżeństwa. Akceptacja oznacza przyjęcie, zgodę na drugiego takiego, jakim jest. Nasze wyobrażenia o innych są często nierealne. Chcielibyśmy poznawać i kochać ludzi doskonałych, perfekcyjnych. „Nobody’s Perfect” – to święta prawda. Dlaczego więc szukamy perfekcyjności? Czy to aby na pewno dlatego, że chcemy być świętymi? A może tu chodzi o coś innego. Nie akceptując samych siebie, szukamy w innych tego, czego nie cierpimy w sobie… Na temat braku akceptacji samego siebie mógłbym napisać książkę. Przez prawie 30 lat żyłem jako ponad stukilogramowy grubas (XXL size) albo A Big Man. Nie docierały do mnie komunikaty innych, że jestem dobrym człowiekiem. Chciałem być inny. Dziś się to zmieniło, nawet bardzo. Jednak w świadomości cos pozostało. Podobnie jak trudna zgoda na kilka słusznych blizn pooperacyjnych na ciele. Nie ma ludzi perfekcyjnych. Wszyscy się starzejemy, chorujemy, a mimo tego, tak trudno nieraz zaakceptować siebie. Akceptować drugiego, to najpierw zaakceptować siebie. Zaprzyjaźnić się z drugim, to najpierw przyjaźnić się z samym sobą. Pokochać drugiego, to najpierw pokochać siebie. Tak, dokładnie: „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego”. Nie za coś (zwłaszcza za wygląd). Ale za to, że jest. Wiem, że jestem często bardzo naiwnym człowiekiem. Moja naiwność wyraża się w tym, że wierzę z uporem maniaka, że takie relacje i taka akceptacja jest możliwa. Mimo tego, że wiele razy sparzyłem się już w życiu na tym, jednak wierzę. Marcin zwrócił mi uwagę (i bardzo słusznie), że za często mówię o kimś: „mój przyjaciel”, gdyż prawdziwych przyjaciół ma się niewielu (a może tylko jednego). Racja. Przyjaciel to słowo prawie że święte, nie można nim szafować na lewo i prawo. I prawdę mówiąc nie lubię tego, nie wiem więc skąd mi się to wzięło. Tak więc akceptacja, przyjęcie, zgoda na drugiego. Owocem takiej postawy jest radość. Myślenie o kimś z radością, poczuciem szczęścia, że ktoś taki istnieje. To jest to Wojtyłowie i Styczniowe: „Dobrze, że Jesteś!”. Za nic. Za to, że jesteś. Nie chcę przestać wierzyć w możliwość takich akceptacji, początków prawdziwych relacji. Sam jednak potrzebuje jeszcze wiele skorygować w swoim patrzeniu na siebie i innych…

Po obiedzie w góralskiej chacie i zdjęciach przy Białym Krzyżu wracamy do Ustronia. Czas na wieczorna Eucharystię. Dziś z grupą Dzieci Maryi. Przyjazny dom sióstr, jak zwykle otwarty i gościnny dla każdego. Także mój Gość zakosztował w tych dniach dobroci i szczerej gościnności ustrońskich boromeuszek. To najpiękniejsze świadectwo, jakim siostry mówią i pokazują, czym jest naprawdę chrześcijaństwo…

Niedziela, 5 lipca

W Ustroniu dziś wystawa psów. Od rana korek na ulicach. Docieramy z małym poślizgiem na niedzielną Mszę Św. Siostry mówią mi o śmierci kapłana, pochodzącego z Ustronia ks. Zbyszka Kozieła. Miał tylko 54 lata życia. 24 lata pracował w Argentynie, z biednymi ludźmi. Miesiąc temu przyjechał na pogrzeb swojej rodzonej siostry. Kilka dni później odkryto u niego raka. Odszedł szybko… Modlimy się za zmarłego misjonarza. Porusza mnie ta śmierć. Jest świadectwem pięknego kapłaństwa.

Od kilku dni jest z nami s. Michalina. Przez 39 lat pracowała w Zambii. Zajmowała się chorymi na AIDS. Pogodna Siostra, nie widać na jej twarzy ani cienia zniechęcenia czy wypalenia. Ma w sobie ducha! Opowiada nam dziś o Zambii, możemy zobaczyć film. Kolejne piękne świadectwo życia dla innych. Życia dla Pana, który żyje w drugim człowieku.
Ostatnie dialogi ustrońskie z Marcinem. Wiele czasu przegadaliśmy w tych dniach. Pięknego czasu. Nawet pogoda w tych dniach była piękna. Może wreszcie będzie lato…???

Po poznaniu i akceptacji przychodzi czas na NAŚLADOWANIE, albo też UPODOBNIENIE. To już prosta konsekwencja przyjaźni, miłości. Jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Stwórcy. Jednym z Jego imion jest Miłość. Ten obraz i to odbicie widać w każdym, kto żyje z Bogiem na co dzień. Jesteśmy podobni do naszych rodziców. Mamy w sobie coś i z mamy i z taty. Z biegiem lat czuje to bardziej i odnajduję w sobie coraz więcej podobieństw do swoich rodziców. Żona upodabnia się do męża, mąż do żony. Przyjaciel upodabnia się do przyjaciela. Im więcej przebywa się razem. Im bardziej łączy ludzi szczera relacja, tym bardziej ludzie upodabniają się do siebie. Przez sposób wyrażania się, ubioru, kultury, języka, zachowań, etc. I mam wrażenie, że towarzyszy temu upodobnieniu takie uczucie, jakby cały czas ten drugi był blisko, był obok, na wyciągnięcie ręki, nawet jeśli dzieli ich spora odległość, nawet tysiące kilometrów. W pięknej i prawdziwej przyjaźni każde spotkanie daje radość, a nawet jeśli przez długi czas nie było okazji do rozmów, nie czuć tego braku w chwili spotkania. W takiej relacji jest pełne zaufanie. I w końcu człowiek rozumie bez słów i czuje bez słów, co dzieje się u drugiego i w drugim.

Poznać – pokochać – naśladować, tak św. Ignacy Loyola w swoich „Ćwiczeniach duchowych” prowadzi człowieka w życie Jezusa Chrystusa. Taka jest też droga pięknych relacji międzyludzkich. Warto uwierzyć, że jest ona możliwa, pomimo wielu nieraz sytuacji przeciwnych… I chyba mimo wszystko warto zaryzykować. Warto, nawet jeśli może się to wydawać naiwne… A to pomoże tez zrozumieć, co to znaczy kochać Boga, jak Go kochać, jak Go naśladować…

W wydawnictwie „Jedność” z Kielc ukazała się książeczka autorstwa Thomasa Romanusa, pt. „Dziękuję Ci za chwile szczęścia”. Ktoś dopisał długopisem: „i mam nadzieję, że to początek pięknej Przyjaźni”… Bez tej nadziei nie warto żyć. Tak, trzeba wierzyć, że nadzieja się spełni i wypełni. Dzięki, Marcinie!

Wieczorem ks. Wojtek wraz z Januszem i jego żoną oraz ze Sławkiem z Bielska zajrzeli, by wyrwać mnie z tych wielkich refleksji i usiąść pod jednym z wielu w Ustroniu parasolem. To też potrzebne, by normalnie żyć i nie zwariować.

Wieczorem lawina sms-ów z ks. X. Chce odejść z kapłaństwa… Trudno mi zasnąć z ciężarem myśli o X. To dobry człowiek i ksiądz.

Poniedziałek, 6 lipca

Przedostatni zabiegowy dzień. Rano pobór krwi. Później zabiegi, ćwiczenia. Myślę już o tym, jak zaplanować czas po powrocie. Muszę zabrać się do intensywnej pracy. Pisać ten doktorat, zakończyć ten etap.

Po obiedzie przyjeżdżają moi bliscy znajomi z rodzinnej miejscowości. Od wielu lat związany jestem z ich domem. Czuję się w nim zawsze serdecznie przyjęty. Wspólnie spędzone popołudnie, Msza św. i wieczorny pstrąg w smażalni ryb, dają nam wszystkim okazję do relaksu i nacieszenia się sobą. Widzę, jak po latach coraz lepiej się czuję w rodzinnych klimatach mojej miejscowości, wśród ludzi, którzy są nie tylko moimi ziomkami, ale są środowiskiem mojego życia i wzrastania.

Msza św. o spokój duszy ks. Zbyszka. Włączam w nią modlitwę za ks. X.
Rok kapłański…

Wtorek, 7 lipca

Ostatni dzień zabiegów. Ostatni spacer moją treningowa trasą nad Wisłą. Rozmowa z kierownikiem rehabilitacji. Ważne dla mnie rady jak i co ćwiczyć dalej. Jeszcze miesiąć na zrośnięcie się mostka i Nordic walking, będzie dobra formą treningu. Ważna systematyczność motywacja: DLA SIEBIE. Tym razem dla siebie.

Zakończenie pojawi się jutro…

2 lip 2009

Ustrońskie zapiski (2)

Kolejna odslona mojego życia jako pacjenta - kuracjusza w Ustroniu. Jeszcze tylko tydzień do końca! Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

Niedziela, 21 czerwca

Przedpołudniowa Eucharystia u sióstr, dziś w koncelebrze z ks. Zygfrydem. W homilii nawiązuję do ewangelicznej sceny burzy na jeziorze. „Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?” – na tym jednym pytaniu opieram kilkuminutową refleksję. Czy Jezus jest dla mnie i w moim życiu Chrystusem? Czy jest nim naprawdę? Przykładów trzeba szukać w historii swojego życia. Co robię, gdy coś się wali, zaskakuje, gdy w życiu szaleje burza, jak wtedy reaguję, co robię? Czy lęk, strach zwycięża i poddaję się? Czy też stać mnie na to, żeby upaść na kolana przed Panem i wybeczeć (w znaczeniu wypłakać), tak, dosłownie wybeczeć ten mój stan? Kim właściwie On jest? Czy jest moim Chrystusem?

Zadomowiłem się u sióstr. Ich ustroński dom jest dla mnie taką „Betanią”, do której dobrze mi wracać. Tu jest po prostu dom! Po obiedzie ruszam na spacer nadwiślańska trasą. Trochę zadyszany wychodzę na „nasze” wzgórze. Nawiedzam kościół parafialny, w którym akurat dziś świętują odpust. Porusza mnie postawa wielu pacjentów z uzdrowiskowego szpitala. Ważna jest dla nich niedzielna Msza św. Dziś o 7.00 na przykład sąsiedzi z pokoju obok uczestniczyli w niej poprzez TVP. Ci, którzy mogą, idą do kościoła. Wielu wiedząc, że jestem księdzem, nie tylko pozdrawiają mnie słowami „Szczęść Boże”, ale i z szacunkiem mówią: „Proszę Ojca”. Zarówno pacjenci jak i personel. Myślę sobie, czy aby daję tym ludziom wystarczająco czytelne świadectwo kapłaństwa? Porusza mnie ich postawa, ale i zobowiązuje. Mimo, że jestem pacjentem pośród pacjentów, nie mogę zapominać o tym, kim jestem. Nawet jeśli dotąd uważałem, że w takich miejscach wolę nie demonstrować zbytnio tego faktu. Chyba popełniam błąd. Aż mi wstyd.

Wtorek, 23 czerwca

Rano jadę do Ochojca. Poproszono mnie, abym skonsultował się w sprawie krwiaka. Dzięki dobroci sióstr mogę się sprawnie dostać do kliniki. Dwie kolejne wizyty u chirurgów rozwiewają strach. Krwiak powinien się wchłonąć i już! Uff. Kamień spadł mi z serca! Bogu niech będą dzięki! Stojąc przed kliniką patrzę w górę na 7 i 8 piętro. Czuję się wewnętrznie poruszony. Coś mnie jednak związało z tym miejscem... Coś tu zostało… Jakieś ważne, bardzo ważne doświadczenie w historii mojego życia miało miejsce właśnie tutaj.

Burze i silne opady deszczu spowodowały podtopienia i powodzie. Także w moim rodzinnym domu. Nie mogę spać tej nocy. Myślę o moich rodzicach, którzy samotnie w wylewają wodę, która napadała na strych naszego domu i równocześnie wypompowują wodę z piwnicy. Myślę o wszystkich, którzy w tych dniach zmagają się z żywiołem.

Czwartek, 25 czerwca

Wieczorem odwiedził mnie Mariusz. Pojechaliśmy do Wisły. Najpierw spacer przez wyludnione jak na ten okres roku centrum miasta, później podjechaliśmy pod skocznię Małysza w Malince. Ładny, nowy obiekt, wzniesiony jako swoista konsekwencja kolejnych pucharów Adama. Niestety, podobno ma w sobie jakieś usterki. Nie znam się na takich obiektach. Sama skocznia robi jednak wrażenie. We mnie pozostaje życzenie/marzenie, by stać nas było na organizowanie imprez sportowo – kulturalnych na miarę innych krajów Europy i świata. Takie marzenie, by nie być więcej kopciuszkiem…
Szum płynącej Wisły zachęcił nas, by podjechać jeszcze do Czarnego, popatrzeć na początki Królowej Polskich Rzek. Odżywają we mnie wspomnienia z dzieciństwa i pragnienie, by wrócić na górskie, beskidzkie szlaki…

Sobota, 27 czerwca

Deszcze i burze w Polsce nie nastrajają pozytywnie do życia. Większość czasu jest parno i duszno. Mimo tego, żyjąc w klimatach „dyżurnego” tematu w naszym sanatorium, jakim jest oczywiście narzekanie na brak pogody (choć ta jest zawsze, tylko nie zawsze taka, jaką sobie życzymy), nie rezygnuję z moich rannych spacerów – treningów. Raz z parasolem, raz bez. Zaraz po śniadaniu wychodzę. Szybkim krokiem idę ustalona trasą. To mój czas na różaniec i rozmyślania. Dobry czas. Dlatego tak bardzo zależy mi na nim. Właśnie (a może wreszcie) doszedłem do jednego z fundamentalnych stwierdzeń, że trzeba w życiu coś zrobić DLA SIEBIE. Czas upływa szybko, potrzeba zarezerwować go trochę dla siebie. Pomyśleć o sobie, o swoim zdrowiu, ciele, duszy, psychice. Nie można przez 362 dni w roku być 24 godz./dobę do dyspozycji świata. To prawda, są wyjątki od zasad. Są sytuacje szczególne, etc. Jeśli wszystkim będzie kierować naczelna zasada miłości, będzie dobrze. A przecież ta zasada mówi, by najpierw miłować Pana, Boga swego. A później bliźniego, jak siebie samego. Właśnie, „jak siebie samego”. Czyli zrobić coś dla siebie nie jest egoizmem, ale wypełnieniem przykazania, by kochając siebie, bardziej kochać Boga i innych!

Niedziela, 28 czerwca

Tak szybko jakoś minął mi ten tydzień. Zauważam, że kiedy ma się uporządkowany czas i program dnia, wszystko mija szybciej. Nie, nie, to nie jest jednak mój styl! Raczej jestem artystą, nie potrafię funkcjonować „w ramkach”. Jednak tutaj, w szpitalu – sanatorium nie mam innego wyjścia. Jakkolwiek by nie było, próbuję przeżywać ten czas dość pracowicie i efektywnie. Dużo radości sprawia mi lektura książek. Czytając te „warsztatowe” z dziedziny teologii, tradycyjnie kreślę po nich ołówkiem, zapisuję na marginesie ważniejsze kwestie. To mój sposób „dialogu” z tekstem. Pomaga mi do niego wracać. Wiem, że nie każdy popiera taki styl, jednak mnie pomaga. I tak w Roku Kapłańskim postanowiłem przeczytać trochę książek na temat kapłaństwa. Właśnie czytam ostatnią publikację autorstwa kard. Waltera Kaspra, pt. „Sługa radości. Życie i posługa kapłańska”. Kasper, niemiecki teolog – dogmatyk z Tybingi, aktualnie zaś kardynał w Kurii Rzymskiej, którego cenię za jego wcześniejsze dzieła („Jezus Chrystus”, „Bóg Jezusa Chrystusa”), a także za jego osobistą postawę jako człowieka (w Rzymie jesteśmy prawie sąsiadami), napisał książkę w 50. rocznicę swoich święceń kapłańskich. I tak dziś rano przeczytałem zdanie, które mnie sprowokowało do rachunku sumienia…: „kapłan w pierwotnym znaczeniu tego słowa powinien być teologiem, czyli kimś, kto ma mówić o Bogu i o życiu, zawsze traktowałem moją egzystencję teologiczną jako część mojej egzystencji kapłańskiej. Wygłoszenie kazania stanowiło dla mnie poważną sprawę teologiczną”. Kiedy więc przyszło mi dziś wygłosić niedzielną homilię, postawiłem sobie pytanie, czy potrafię ją wygłosić nie tak, by porwać słuchaczy, żeby mówili: „to było piękne kazanie”, ale tak je wygłosić, by przekazać im sens i głębię wiary, zachwycić Chrystusem, sprowokować do przeanalizowania swoich postaw… Czy kazanie jest dla mnie prawdziwą „sprawą teologiczną”… Jakim jestem teologiem? Czy w ogóle nim jestem?
Kasper pisze dalej: „Zaprzyjaźnić się z Jezusem, prawdziwie dla Niego i Jego „spraw” oszaleć, głosić królestwo Boże jako królestwo życia, sprawiedliwości, świętości i pokoju – oto co czyni kapłana teologiem, czyli kimś, kto mówi o Bogu, który ma autentyczne ludzkie oblicze. W ten sposób kapłan może udzielać odpowiedzi na najistotniejsze egzystencjalne pytania nie tylko swymi ustami, lecz także całym swym życiem. W ten sposób w duchowe mroki wielu ludzi może on wnosić światło, życie i radość, stając się sługą radości (2 Kor 1,24)”. Mocne spostrzeżenie! I właściwa droga! Wszystko musi się zaczynać od zaprzyjaźnienia się z Jezusem Chrystusem! Podoba mi się to określenie, by „prawdziwie dla Niego i Jego „spraw” oszaleć”. Oszaleć dla Chrystusa. Oszaleć dla Ewangelii. Oszaleć dla Kościoła. Oszaleć dla człowieka. Ile razy już w życiu miałem takie wzniosłe i piękne pragnienia? Ile z nich we mnie jest?
Mam wrażenie, że coraz trudniej mi głosić Słowo Boże. Podkreślam: Słowo Boże, a nie moje własne spostrzeżenia i uwagi…

Po Mszy Św. ruszam na spacer do Hermanic. Dojście zajmuje mi jedynie 20 minut. Mżawka i parująca ziemia nie uprzyjemniają drogi, ale idę. W Hermanicach odwiedzam kościół dominikanów. To dlatego tu przyszedłem. Właśnie prowadzą przebudowę albo remont wnętrza. Zaglądam do kaplicy bocznej. Jest tam sporych rozmiarów tabernakulum osadzone na kolumnie, a w centrum kaplicy obraz Maryi, na czerwonym tle ściany. Nad obrazem napis: „Matko Słowa Bożego”… No właśnie. Matka Słowa Bożego… Wszystko w temacie. Klękam i proszę Matkę: „Módl się za mną…”.

Wracam do Ustronia reflektując nad tym wszystkim. Moje rozmyślania przerywa dzwonek telefonu komórkowego. To Helena i Antoś. Przyjechali w odwiedziny. Po kawie i kawałku tortu z „Delicji”, pojechaliśmy razem na Równicę. Pomimo mgieł spacerujemy i gaworzymy. Miłe to popołudnie ze „starymi” przyjaciółmi.

Poniedziałek, 29 czerwca

Uroczystość Piotra i Pawła. Od rana myślami jestem w Riposto, miasteczku na Sycylii. To jedno z tych miejsc na Ziemi, które bardzo kocham. Ta swoista miłość ma swoja niezwykłą trochę historię, związaną ze snem, o której kiedyś napiszę. W Riposto na głównym placu miejskim (taki tamtejszy rynek), nieopodal portu, stoi bazylika dedykowana św. Piotrowi. Święto świętego patrona jest równocześnie świętem całego miasta. Książę Apostołów opuści dziś znów swoja kaplicę i w uroczystej procesji pod przewodem biskupa zostanie zaniesiony nad morze. Będą śpiewać, klaskać, no i puszczać potężnych rozmiarów sztuczne ognie i petardy. Kilka lat temu głosiłem kazania w ramach nowenny przed tym uroczystym dniem. Myślę więc dziś o moich kochanych „ripostesi”, czyli mieszkańcach Riposto. Wczoraj zadzwoniłem do Maurizia. On przekaże pozdrowienia wszystkim. Świętujemy razem. Oddaleni, a przecież bliscy.

Od kilku dni zachwyca mnie intensywny zapach kwitnących lip. W czasie moich spacerów zatrzymuję się co chwila pod pachnącymi drzewami i upajam się ich wonią. Przypomina mi się fraszka Kochanowskiego:
„Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!
Nie dójdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają.
Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły.
A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,
Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie.
Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie
Jako szczep napłodniejszy w hesperyskim sadzie”.

Chyba nigdy dotąd nie koncentrowałem się na zapachu lip, jak w tym roku. Przypomina on, że jest lato… W połączeniu z krajobrazem Beskidów, przywołuje najpiękniejsze wspomnienia z mojego dzieciństwa i lat młodzieńczych. Wzrusza. Rozmarza. Dotyka we mnie tęsknot i pragnień. Zbliża do Nieogarnionego… Chciałbym ten obraz i zapach zatrzymać na dłużej...

Ustrońskie tygodnie i dni dają mi też okazję, by częściej niż zwykle podumać nad życiem, nad tym, co jeszcze przed. Dziś wieczorem usiadłem przy szklance zimnego (czeskiego) piwa, gdzieś w połowie mojej wieczornej trasy spacerowej. Patrzałem na ludzi. Obserwowałem świat. Lubię obserwować, to część mojej natury. Pytałem się, co dalej… Czuję, że chcę ukończyć pisanie pracy i wyjechać do Tanzanii. Choć na trochę. Wiem, że jestem tam potrzebny, że obiecałem. Mimo wszystko ciągnie mnie na kontynent afrykański. Nie potrafię stać w miejscu. Mam silną potrzebę działania, misji. Jednak… Od jakiegoś czasu najczęściej modle się tak: „Abym spełnił Twoją wolę, Boże!”. Po prostu tak… I niech tak zostanie…

Wtorek, 30 czerwca

Dziś wieczorem po raz pierwszy od kilku dni można było zobaczyć góry. Mgielna czapa podniosła się. Na jak długo?

Czytam Kaspra. Jest wiele takich sformułowań, które stanowią materiał do medytacji, na dzień skupienia. „Czytanie i rozważanie Pism musi więc odgrywać główną rolę w życiu kapłańskim. Nie prywatne widzimisię, lecz to właśnie Słowo ma być źródłem oraz inspiracją do przepowiadania i całej pracy kapłanów”. Nie tylko czytanie, ale czytanie i rozważanie, czyli słuchanie Pisma… Jak bardzo potrzeba mi wiary…! Benedykt XVI w jednej ze środowych katechez o św. Pawle mówił: „Wiara nie jest wytworem naszej myśli, owocem naszej refleksji; jest czymś nowym, czego nie możemy wymyślić, a jedynie możemy przyjąć jako dar, jako nowość, której twórcą jest Pan. Wiara nie pochodzi z czytania, lecz ze słuchania. Nie jest ona tylko czymś wewnętrznym, ale relacja z Kimś. Zakłada spotkanie z głoszoną nowiną, zakłada istnienie innego, który głosi i stwarza komunię” (10 XII 2008). Mieć taką wiarę! Umieć otwierać się na dar, którym ona jest. Żyć Bogiem. To są najgłębsze pragnienia, z którymi chodzę, nieraz błąkam się. Pragnienia szczere, prawdziwe…

C.d.n. (mam nadzieję)

21 cze 2009

Ustrońskie zapiski (1)

Przez 10 dni nie miałem dostępu do Internetu. To dobrze. Choć, jak pisałem wcześniej, pewne kontakty z ludźmi zamierają, gdy zabraknie obecności w wirtualnym świecie… W wolnych chwilach piszę tu sobie taki quasi – dziennik, który nazwałem „Ustrońskimi zapiskami”. To pierwsza ich część. Dla wytrwałych i zainteresowanych. Z serdecznymi pozdrowieniami!
Al Romolo


Środa, 10 czerwca

Po rannej Mszy idę na probostwo.„Za 21 dni wracam. Jak będzie potrzeba, to pomogę wam po powrocie”. Jak zwykle w takich dniach jak dzisiejszy czuję odrobinę stresu. Po raz pierwszy w życiu mam być kuracjuszem. Nie bardzo chce mi się jechać, gdyż nie wiem, co mnie czeka, jak to będzie, czy będę miał jakąś komunikację ze światem. Muszę zabrać ze sobą sporo rzeczy, koszule i bieliznę na zmianę. Przepustek dłuższych niż na 12 godzin nie przewiduje się. Ten komunikat wyczytałem w Internecie. No cóż jakoś to będzie.
Około południa w strugach deszczu dojeżdżamy do Śląskiego Ośrodka Rehabilitacji w Ustroniu. Jan nie tylko że ofiarował się mnie tu dowieźć, to jeszcze zanosi mój dobytek na IV piętro. W recepcji pierwsza szokująca bądź co bądź informacja: „Pana leczenie potrwa 28 dni…”. Planowałem 21… Jeszcze się nie dobrze nie rozejrzałem w sanatoryjno – szpitalnym pokoiku, jak miła pani pielęgniarka zaprasza mnie na wizytę do lekarz dyżurnej. Równie miła pani doktor mówi mi, że EKG wykazuje trzepotanie przedsionków, a więc „położymy pana na sali intensywnej opieki, podepniemy do monitorów i poobserwujemy”. Kolejny grom. Dlaczego znów ja? Jak to jest, że zawsze jakaś przygoda musi mnie spotkać, nie tylko nie planowana, ale zupełnie nie chciana i trudna do zaakceptowania! Posłusznie przechodzę na salę. Pan Robert, pielęgniarz, zdecydowanie wkłuwa wenflon i podpina mnie do monitorów. Tak zaczęła się moja 4 tygodniowa rehabilitacja…

Czwartek, 11 czerwca, Boże Ciało

Około trzeciej nad ranem alarm. Musiała poruszyć się jakaś elektroda i urządzenie monitorujące zaczęło wyć. Rozbudziło i panią pielęgniarkę nocna i mnie. Szybko jednak opanowaliśmy upiorną maszynę. Rano wizyta i lekarz decyduje, że jednak wrócę na salę. Uff, co za ulga i radość! Już się martwiłem, że nie pójdę dziś na Mszę św. Dość szybko proszę panią doktor o przepustkę na kilka godzin. Zgadza się. Po 11 przyjechał Jan i zjeżdżamy do miasta, gdzie znajduje się dom Sióstr Boromeuszek. Gościnna atmosfera domu poprawia samopoczucie. W kaplicy Eucharystia. Skromna, ale przecież nawet ta najskromniejsza stanowi centrum wszechświata w chwili, gdy jest sprawowana. Po Mszy św. obiad, na deser kawałek I – komunijnego tortu i kawa. Wsiadamy do samochodu i jedziemy we trzech do Bielska - Białej. Jan chciał zrobić niespodziankę starszemu księdzu emerytowi, który niegdyś był jego katechetą i pokazać bielskie kościoły. Ów kapłan pracował prawie pół wieku temu w tym mieście, dawno nie był, nie widział. Robimy objazd, a właściwie swoistą pielgrzymkę, by pokłonić się Panu Jezusowi Eucharystycznemu w kilku kościołach. Cygański Las, Kamienica, Karpackie, Aleksandrowice, Katedra, Polskich Skrzydeł, Królowej Polski… W oczach kapłana emeryta dostrzegam radość i wzruszenie. Cieszę się z tej swoistej „nagrody”, którą otrzymałem. Takiego Bożego Ciała jeszcze nie przeżyłem. Zresztą w ostatnich latach prawie w ogóle nie miałem okazji przeżywania tego pięknego święta w tradycyjnej oprawie procesji do czterech ołtarzy. Dziś uklęknąłem przed wieloma ołtarzami, by w geście adoracji pokłonić się temu samemu Panu, obecnemu prawdziwie w eucharystycznych postaciach. I jeszcze radość z bycia w gronie kapłańskim. Takiego pielgrzymowania razem. Dobry wstęp do Roku Kapłańskiego! Na koniec odwiedzamy kościół wraz z farskimi zabudowaniami w Ustroniu Polanie. Kolacja w domu sióstr była wspaniałym dopełnieniem dzisiejszego święta.

Piątek, 12 czerwca

Jako pomoc do modlitwy medytacyjnej wziąłem sobie katechezy o św. Pawle papieża Benedykta. Doskonała duchowa treść na zakończenie Roku św. Pawła. Pierwszą katechezę poświęcił papież środowisku życia apostoła narodów. Już po lekturze pierwszego akapitu pojawiła się we mnie wątpliwość, czy aby dobrą pomoc do medytacji sobie obrałem. To, że teksty te są rzetelnym wykładem teologicznym, nie ulega wątpliwości, ale jako pomoc w modlitwie…?? Czytając jednak powoli papieskie nauczanie uderzyło mnie, że tak jak „nie można właściwie zrozumieć św. Pawła bez uwzględnienia tła, zarówno judaistycznego, jak i pogańskiego jego czasów”, podobnie nie można zrozumieć samego siebie bez uwzględnienia takiego tła. A tłem tym jest i miejsce pochodzenia, i czasy, i kultura, i tradycje, i język, i filozofia… To wszystko ma ogromny wpływ nie tylko na to kim jestem, jaki jestem, ale także jak się wyrażam, jak myślę, jakie mam poglądy, co głoszę, co prezentuję… Także jak się modlę, kim i jaki jest mój Bóg… Zapisałem listę 6 punktów do osobistej medytacji. Pytań i kwestii, na które powinienem odpowiedzieć przed Bogiem, aby uporządkować siebie. I to nie tylko raz w życiu. Kulminacyjnym pytaniem było to, ile Chrystusa jest we mnie, w moim życiu i byciu dla/z innymi? Czy moje życie/postawy są już nawrócone? Papież mówi, że od św. Pawła mamy uczyć się wiary, uczyć się Chrystusa i wreszcie uczyć się słusznej drogi życia. No właśnie, to chyba wystarczająco dużo, jeśli chodzi o pracę nad sobą.

Przed południem robią mi test wysiłkowy. Przez kilkanaście minut muszę biec po ruchomej bieżni. Wszystko monitorowane EKG. Zakwalifikowano mnie do zabiegów. Postanowiłem w wolnym czasie więcej czytać i przede wszystkim sporo chodzić, na miarę moich możliwości. Niedaleko szpitala znajduje się kościół parafialny. Patronuje św. Brat Albert Chmielowski… Mój dobry patron!

Sobota, 13 czerwca

Od dziś przejmuję nieoficjalne „kapelanowanie” w domu sióstr boromeuszek. Już czuję się tu dobrze. Kolejny raz przekonuję się, że o charakterze domu decydują ludzie w nim mieszkający. To oni tworzą klimat domu. Dom, to nie tylko ściany, meble, ale to przede wszystkim ludzie.

Niedziela, 14 czerwca

Odwiedza mnie mama i zaprzyjaźnione małżeństwo z mojej rodzinnej miejscowości. Moi rodzice w ostatnich miesiącach są najbliżej mnie. Czasem mi głupio, bo przecież od 17lat jestem poza domem, ale cóż… bywa i tak.
Wieczorem zagląda kolega Wojtek. Idziemy do miejscowej karczmy na szaszłyka i chwile pogawędki. Potrzebuję tych koleżeńskich – kapłańskich spotkań.

Poniedziałek, 15 czerwca

Rozpoczyna się pierwszy „regularny” tydzień rehabilitacji. Jestem pełen zapału. Ustawiam sobie takie prywatny plan dnia. Wstaję między 6.00 a 6.30 rano. Wyspany!!! To ważne dla mnie, ponieważ od wielu miesięcy (a może kilka ostatnich lat) ranne wstawanie było dla mnie gehenną, która pogłębiała się jeszcze bardziej. Po toalecie, zaparzam kawę i zaczynam modlitwy. Siadam przy oknie. Przede mną Czantoria, góra niewysoka wprawdzie, a jednak od mojego dzieciństwa robiła na mnie wrażenie. Odmawiam powoli Jutrznię z Godziną Czytań, oraz moje modlitwy, które należą do mojego „osobistego rytuału”. Po brewiarzu czytam tekst katechezy Ojca Św. jako medytację poranną. W międzyczasie siostra pielęgniarka przychodzi mierzyć ciśnienie, komunikując najczęściej: „110/70” (dawno tak nie miałem!). O 8.00 do pokoju wchodzi wizyta lekarska, osłuchują jak bija nasze serducha. Później już śniadanie. Bezpośrednio po nim ruszam w trasę. Spacer, choć to całkiem dobry trening, gdyż ma prawie 5,5 km! W tym czasie odmawiam różaniec, oddychając beskidzkim powietrzem. Idę w stronę Równicy, przechodzę most na Wiśle, schodzę na deptak nadwiślański, którym dochodzę do miasta, a później już wdrapuję się na moja górkę. O 10.00 jestem u siebie, zmęczony trochę, ale zadowolony z wysiłku. Pół godziny później zaczynają się zabiegi: oddechowe, trening relaksacyjny z psychologiem, trening na rowerku. Około 12.30 „horka” i jeszcze mały spacer na pocztę, albo lektura. Obiad dopiero o 13.45. A po nim, czasem jest jakaś pogadanka dla pacjentów na tematy zdrowia, czasem mała sjesta, lektura bądź spacer. O 15.40 ćwiczenia. Po 16.00 podjeżdża klasztorną Skodą s. Aneta. Jedziemy na Mszę Św. Z dnia na dzień coraz bliższa staje mi się kapliczka u sióstr, no i ich wspólnota. Mamy codziennie około 7 „parafianek”, które goszczą w domu sióstr. Po Mszy wracam do szpitala na Nieszpory, kolację i wizytę dyżurnego lekarza. Godziny wieczorne wypełnia czas lektury i około 22.00 odpływam w sen (i pewnie dlatego rano budzę się wyspany).
Tak wygląda ta moja ustrońska codzienność…

Środa, 17 czerwca

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie dokuczliwa świadomość, która mnie dopada, że na całej kardiologii jestem najmłodszym pacjentem! Mimo prób i wielu rozmów z innymi pacjentami, ciężko mi, że tak jest. Dlaczego ja… No właśnie. Wraca to namolne pytanie.
W południe zagląda Zbyszek. Odwiózł Martę do Wisły. Zaprosił na mały obiad. Jedziemy na żurek w chlebie, do „Pod czarcim kopytem” na Równicy. Smaczny ten żurek! Z góry patrzę na beskidzkie polany. Przypominają mi się lata szkoły średniej i dni skupienia w pobliżu. Siadaliśmy na polankach i czytaliśmy Pismo Św., rozważając i dzieląc się Bożym Słowem w „kręgu biblijnym”. Ogarnęła mnie tęsknota do tamtych lat i tamtych, młodzieńczych lektur Biblii. Ile z tego zostało???
Wieczorem odwiedziny Jarka i Agaty. On – mój kolega z klasy licealnej, ona – jego dziewczyna. Zabierają mnie „do Włocha” na małą kolację. Wcześniej przyjechał Sławek. To przyjaciel – ksiądz. Poznaliśmy się z jakieś 20 lat temu. Niedawno spotkaliśmy się po wieloletniej przerwie. Ucieszyłem się jego wizytą, bo towarzyszył mi w modlitwie w ostatnich miesiącach. Pogadaliśmy trochę, choć jak to bywa, niezbyt wystarczająco. We czworo zatem usiedliśmy przy stole. Miły był ten dzień i wieczór!
A w kalendarzu dziś brata Alberta… Wykonałem telefon do Siostry Starszej (odpowiednik przełożonej generalnej u albertynek). Dużo dziś myślę o kochanych bardzo albertynkach.

Piątek, 19 czerwca

Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa… Jedna z moich ulubionych w roku. A ten rok staje się dla mnie pod wieloma względami „Rokiem Serca”.
Benedykt XVI inauguruje Rok Kapłański… Czuję wdzięczność do papieża za ten prezent! Jako kapłan potrzebuję modlitwy innych. Sam modlę się codziennie za braci kapłanów, bo wiem, że potrzebujemy tego. Jako kapłan potrzebuję jednak jeszcze czegoś więcej. Czego? Wsparcia ze strony innych. Jestem przekonany, że my, kapłani, potrzebujemy siebie nawzajem, jako bracia, przyjaciele. Szymek, Paweł i Darek przysyłają sms-a z Piazza San Pietro. Idą na nieszpory z papieżem. A ja z siostrami i grupką pań modlimy się na Mszy Św. w intencji uświęcenia kapłanów… Nas. Tak, jest Rok kapłański…

W "Gosciu Niedzielnym" obrazek z modlitwą za kaplanów:

O Panie, daj sługom Twoim serce, które obejmie całe ich wychowanie i przygotowanie. Niech będzie świadome wielkiej nowości, jaka zrodziła się w ich życiu, wyryła się w ich duszy. Serce, które byłoby zdolne do nowych uczuć, jakie Ty polecasz tym, których wybrałeś, by byli sługami Twego Ciała Eucharystycznego i Twego Ciała Mistycznego Kościoła.

O Panie, daj im serce czyste, zdolne kochać tylko Ciebie taką pełnią, taką radością, taką głębokością, jakie wyłącznie ty potrafisz ofiarować, kiedy staniesz się wyłącznym, całkowitym przedmiotem ludzkiego serca. Serce czyste, które by nie znało zła, chyba tylko po to, by je rozpoznać, zwalczać i unikać, serce czyste jak dziecka, zdolne do zachwytu i do bojaźni.

O Panie, daj im serce wielkie, otwarte na Twoje zamysły i zamknięte na wszelkie ciasne ambicje, na wszelkie małostkowe współzawodnictwo międzyludzkie. Serce wielkie, zdolne równać się z Twoim i zdolne pomieścić w sobie rozpiętość Kościoła, rozpiętość światła, zdolne wszystkich kochać, wszystkim służyć, być rzecznikiem wszystkich.

Ponadto, o Panie, daj im serce mocne, chętne i gotowe stawić czoła wszelkim trudnościom, wszelkim pokusom, wszelkim słabościom, wszelkiemu znudzeniu, wszelkiemu zmęczeniu, serce potrafiące wytrwale, cierpliwie i bohatersko służyć tajemnicy, którą Ty powierzasz tym synom Twoim, których utożsamiłeś z sobą.

W końcu, o Panie, serce zdolne do prawdziwej miłości, to znaczy zdolne rozumieć, akceptować, służyć i poświęcać się, zdolne być szczęśliwym, pulsującym Twoimi uczuciami i Twoimi myślami.

Paweł VI


Sobota, 20 czerwca

Odwiedzam dziś romitorium. Gdzieś w lasach Jaworzynki. Piękne miejsce. Dom, w którym jest piękna kaplica, wykonana na wzór włoskich kaplic z czasów św. Franciszka. Czysto tu i przyjaźnie. Czuć ducha braterstwa, ciszy i modlitwy. To pustelnia Braci Mniejszych z Panewnik. Mimo padającego mocno deszczu jestem oczarowany tym miejscem! Czuję, jak bardzo potrzebuję takich miejsc, by móc dobrze funkcjonować jako człowiek i kapłan. Rozmowa duchowa i spowiedź u o. Stracha, były dla mnie ważnym akcentem tej wyprawy. Ojciec ma w sobie światło…

Od rana boli mnie krwiak w pachwinie (pozostałość pooperacyjna). Lekarz dyżurny robi mi USG. Jeśli nic się nie zmieni, będzie trzeba go usunąć… Dlaczego znów ja…??? Ile jeszcze??? Ufam jednak, że jakoś to zejdzie samo. Proszę o wsparcie! Każą mi mniej chodzić. Przecież nie wyleżę tu całych tygodni! Czuję, jak wzmaga się we mnie bunt. Nie poddam się jednak. Kolejna próba, z których składa się życie. JuT!

C. d. n.

9 cze 2009

...

Od jutra sanatorium.
21 dni...
Ograniczony pewnie będzie dostęp do wirtualnego swiata.
I może o to chodzi, by pobyć trochę w klimacie gór, na które od dziecka patrzałem przez okno mojego pokoju i zawsze robiły na mnie wrażenie... Może chodzi o to, by znaleźć odrobinę ciszy. Tylko czy będę umiał?
Doswiadczenie pokazuje, ze wystarczy kilka(nascie) dni internetu i już liczba "przyjaciól" się zmniejsza... Jak bardzo się zmniejszy przez te 21 dni??
W głowie mam jeszcze zaległą notkę na Niedzielę Swiętej Trójcy. Może znajdzie się okazja, by ją uzupełnić...

Pozdrawiam póki co! :)